Obywatel nr 6/2003 (14)
"Zielone" pranie mózgu
"Zielony kapitalizm" jest koniem trojańskim, oddzielającym całe społeczności i "umiarkowanych" od "radykalnych" Zielonych. Maskuje on prawdziwe intencje wielkich korporacji i instytucji finansowych oraz ich niezmienną ideologię - tymczasem ich wiara w rynek nie zachwiała się ani na chwilę.
„Zazielenianie” transnarodowych korporacji i instytucji finansowych
może być postrzegane jako złowrogi podstęp, zorganizowany w celu
podważenia społecznego zaufania do oddolnych ruchów społecznych
dążących do zmiany obecnej sytuacji.
Instytucje globalnej dominacji obrały ostatnio wspólną strategię przeciwko tym, którzy nie zgadzają się z „historyczną koniecznością” globalizacji. Wygląda to tak, jakby nagle nauczyły się przedkładać współpracę nad współzawodnictwo. Jednakże współpracują ze sobą jedynie po to, by pokonać tych, którzy stanowią zagrożenie dla ich dalszej rywalizacji. Strategią wielkich korporacji stało się wykonywanie pozornych ukłonów w stronę swoich krytyków poprzez włączanie krytycznej retoryki do własnych programów. Przyjmując pozy nieustannej skruchy, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Światowa Organizacja Handlu, międzynarodowe korporacje i rządy krajów grupy G8 głośno pomstują na swe własne dawne błędy. Pozornie przyswoiły sobie doktryny sprawiedliwości i zrównoważonego rozwoju, wypaczając je w ich parodię.
Nie ma w tym niczego nowego oprócz skali przewrotu w dziedzinie języka i symboli, która wzrasta wykładniczo wraz z rozwojem siły i znaczenia ruchu ekologicznego. Piętnaście lat temu krytyka światowych instytucji finansowych przypominała raczej szepty zza kulis, a kwestionowanie mądrości luminarzy kapitalizmu było domeną niedouczonych fanatyków i ekstremistów. Tym niemniej, zwolennicy globalizacji wykazali wrażliwość na najdrobniejsze nawet przejawy krytyki, jakby już przygotowując linię obrony w przyszłym konflikcie. Bank Światowy był zaskoczony gniewem, jaki wywołał poparciem dla inwestycji hydroenergetycznych w ramach projektu Polonoroeste1 w Brazylii oraz dla polityki neokolonialnych przesiedleń w Indonezji, w efekcie których tubylczy Zachodni Papuasi byli brutalnie wywłaszczani, a ich ziemie obsadzane przez osadników z Jawy i Sumatry. Po tych medialnych katastrofach, Bank Światowy był pierwszą międzynarodową instytucją finansową, która przyznała, że mogą istnieć ekologiczne granice wzrostu gospodarczego, co jest kluczowym argumentem „zielonej” krytyki kapitalistycznego modelu rozwoju. Od tamtego czasu, jego urzędnicy ciągle powtarzają, niczym papugi, ekologiczne prawdy objawione, których nauczyli się od swoich najzagorzalszych krytyków.
Bardzo szybko inne podmioty rozpościerające swoje macki na cały glob zrozumiały propagandową wartość i korzyści, jakie mogą uzyskać u konsumentów, jeśli zaczną podzielać troski „Zielonych”. Na każdą pojawiającą się wątpliwość odpowiadały nie silnym kontratakiem, ale pełną skruchy akceptacją i zobowiązaniem solennej poprawy w przyszłości. „Ekologia? Oczywiście, zależy nam na trwałości lokalnych ekosystemów. Zrównoważony rozwój? Stanowi pierwszoplanowy element naszej strategii rozwoju. Prawa kobiet? Wszystkie projekty związane z rozwojem, które wspieramy, będą uwzględniały równość płci. Generowanie dochodów dla ludności lokalnej i miejscowej gospodarki? Chłopaki, przecież właśnie po to jesteśmy! Prawa człowieka? Nie ma nic droższego naszym liberalnym serduszkom. Udział społeczny w podejmowaniu decyzji? Cały sens rozwoju polega na tym, by go umożliwiać. Etyka biznesu? Nie moglibyśmy bez niej efektywnie konkurować. Różnorodność biologiczna? Spécialité de la maison”.
Lista nowych cnót korporacji ciągle się wydłuża: pełna jawność, odpowiedzialne zarządzanie, eliminowanie kumoterstwa i nepotyzmu. Wychodzi na to, że międzynarodowa „społeczność” kapitałowa przeszła iście damasceńskie nawrócenie się2 z ekonomii, w której redystrybucją dochodów zajmuje się państwo, na samodzielne łagodzenie skutków ubóstwa.
Z początku wydawało się, że te organizacje przyjmowały zarzuty krytyków w celu zmylenia przeciwnika. Zapożyczyli język swoich radykalnych oponentów jako polityczny kamuflaż i wprowadzili pozory reform, by uspokoić oburzoną opinię publiczną. Wiedzieli, że jeśli w ich działalności wszystko musi zostać po staremu, to konieczne są pewne zmiany. Jednakże gorliwość, z jaką świat międzynarodowej finansjery i wielkiego biznesu przyjmuje argumenty swoich oponentów ma także głębszy, bardziej złowrogi zamysł: jest formą językowej wojny podjazdowej, mającej na celu podzielenie „wroga” poprzez wywoływanie napięć między organizacjami ekologicznymi i praw człowieka, a także wewnątrz tych organizacji, co ma wprowadzić do ruchu antyglobalistycznego bezład i dezorganizację. „Zielony kapitalizm” jest koniem trojańskim, oddzielającym całe społeczności i „umiarkowanych” od „radykalnych” Zielonych. Maskuje on prawdziwe intencje wielkich korporacji i instytucji finansowych oraz ich niezmienną ideologię – tymczasem ich wiara w rynek nie zachwiała się ani na chwilę.
Ta ideologiczna i językowa wojna partyzancka przynosi wielkie korzyści międzynarodowym korporacjom i powiązanym z nimi politykom. Była skuteczna w mieszaniu w głowach działaczom ekologicznym, tak że częstokroć nie udawało im się przyjąć wspólnej strategii i działać razem. Udało jej się również odświeżyć u dużej części opinii publicznej obraz antyglobalistów jako fanatycznych burzycieli. Tymczasem zwolennicy globalizacji działają niezmiennie z jasną linią ideologiczną. Jest nią konsekwentna rehabilitacja leseferyzmu, wolnorynkowej dogmatyki, która przyniosła upokorzenie i nędzę podczas rewolucji przemysłowej oraz głód i brak środków niezbędnych do życia mieszkańcom krajów kolonialnych. Tej subtelnie nieludzkiej doktryny, która powróciła w naszych oświeconych czasach, nie można przecież ukazać w jej prawdziwych barwach, więc trzeba ją ukrywać przy pomocy kampanii dezinformacyjnej. Krótko mówiąc, „przyjazna środowisku” retoryka międzynarodowych korporacji jest formą ekologicznego mydlenia oczu.
W roku 1999 program przystosowania strukturalnego (SAP) Międzynarodowego Funduszu Walutowego przekształcił się w „Program redukcji ubóstwa i wspierania rozwoju” (Poverty Reduction and Growth Facility). Ich „Program ramowy” stał się „Strategią walki z ubóstwem” (Poverty Reduction Strategy). Pożyczki i egzekwowanie spłat zadłużenia są nadal tematami przewodnimi i nic nie wskazuje na to, by polityka MFW odnośnie do czegokolwiek uległa zmianie. Zamiast tego, uczyniono z niej nową jakość, zgodną z duchem czasów: monetaryzm z ludzką twarzą. W zgodzie ze swoim nowym wizerunkiem, MFW określa własną rolę w Międzynarodowej Konferencji Finansowania Rozwoju3 w Monterrey jako tworzenie fundamentów dla rozwoju, w tym dla postępu w zwiększaniu standardu życia dla wszystkich i w eliminowaniu biedy. MFW określa się jako część globalnej „służby” zaangażowanej w pomaganie wszystkim krajom w korzystaniu z szans, jakie stwarzają globalne rynki, przy jednoczesnym minimalizowaniu ryzyka.
„Raport na temat ubóstwa na świecie” (The Global Poverty Report), przygotowany przez Bank Światowy, MFW i urzędników regionalnych banków rozwoju na odbywający się w lipcu 2001 r. szczyt w Genui, przewyższał wcześniejsze podobne publikacje jedynie tym, że jeszcze trudniej zrozumieć, o co w nim chodzi. W rzeczywistości, stanowi zbiór argumentów za tym, co zwykle, tyle tylko, że propagandowy nacisk został inaczej rozłożony. Zamiast jedynie wykazywać, że neoliberalna polityka gospodarcza wspomoże handel, argumentacja jest skonstruowana tak, by dowieść, że instytucje te pomagają biednym.
Przyznaje zatem, że zglobalizowane rynki i Światowa Organizacja Handlu zostały ostatnio poddane ostrej krytyce. Ostrzega jednak, iż z perspektywy ludzi biednych, istnieje ryzyko, że uzasadniona troska o ich interesy jest wykorzystywana do wspierania powrotu do praktyk protekcjonistycznych. Takie działania osłabiłyby światowy wzrost gospodarczy i najprawdopodobniej w największym stopniu dotknęłyby ubogich. Nowym cri de coeur [fr., krzykiem serca – przyp. tłumacza] bankierów i przywódców państw grupy G8 jest sugestia, że to oni są prawdziwymi oswobodzicielami biednych z ubóstwa, nie zaś organizacje pozarządowe ani destrukcyjne masowe ruchy społeczne.
Dowodzą oni, że średnio- i długokresowe korzyści dla naszej ogromnej światowej społeczności nie mogą być poświęcone w imię uniknięcia „przejściowych” niedogodności. Te ostatnie to m.in. działania, które niszczą tradycyjne sposoby utrzymywania się przy życiu, dewastują społeczności, spychają ludzi do miejskich slumsów lub zamieniają ich w grupę ekonomicznych emigrantów i uchodźców. Jak to bywa w przypadku wszystkich totalitaryzmów, cel uświęca środki.
Rząd Wielkiej Brytanii jest równie zręczny w krętactwie. W grudniu 2000 r., jego „Zielony Dokument w sprawie globalizacji” (Green Paper on Globalisation) zobowiązał rząd do "współpracy z innymi”, by tak pokierować procesami globalizacji, aby stopniowo ograniczać ubóstwo i realizować cele rozwoju międzynarodowego. Dokument ten jest idealnym przykładem skondensowanego zakłamania. Zawarta w nim strategia „kierowania globalizacją” polega na promowaniu wzrostu gospodarczego, który byłby sprawiedliwy, a także ekologicznie zrównoważony.
W tych ostatnich dziesięciu słowach zawarte są wszystkie sprzeczności kapitalistycznego modelu rozwoju. Te sprzeczności, i bezowocne próby ich rozwiązania, są charakterystyczne dla wszystkich dyskusji na temat rozwoju prowadzonych od czasów Raportu Klubu Rzymskiego, poprzez raport Brundtland4, Szczyt Ziemi w Rio, Kopenhaską konferencję na temat rozwoju społecznego, Szczyt Milenijny ONZ w Nowym Jorku, Protokół z Kyoto i ciągle wydłużającą się listę ostrzeżeń i nawoływań o opamiętanie pochodzących z ostatnich czterech dziesięcioleci. Proponowane w nich rozwiązania stanowią istną kwadraturę koła: tak osiągnąć równowagę ekologiczną i sprawiedliwość społeczną, by jednocześnie pozostawić nietknięte te struktury, które powodują niszczenie środowiska i nierówności społeczne.
Dokument stwierdza: 1,2 miliarda osób dotyka bieda, odzierając ich z godności w świecie coraz większego dobrobytu i materialnego dostatku. Cel – zredukowanie o połowę liczby osób żyjących w skrajnym ubóstwie – został zaaprobowany przez Bank Światowy, MFW, Unię Europejską i głowy 149 państw podczas Szczytu Milenijnego w Nowym Jorku. Istnieje, mówi się nam, bezprecedensowa międzynarodowa zgoda w kwestii przyjętych celów. Dokument uznaje, iż w krytyce globalizacji można znaleźć opinie warte rozpatrzenia.
Podkreśla także, iż rząd Tony’ego Blaira i New Labour nie popiera neoliberalnej ideologii lat 80., która chciała pozwolić, by przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi poszerzała się w nieskończoność. Natomiast Blair i s-ka poświęcili się „sprawiedliwemu zarządzaniu globalizacją”. Nieodłączna dla globalnego kapitalizmu nierówność nie ma prawa zaburzyć pogodnego tonu retoryki Nowej Partii Pracy. Dokument czule rozwodzi się nad rosnącą współzależnością i rosnącą liczbą powiązań pomiędzy elementami współczesnego świata, triumfalnie ogłaszając, że „proces integracji” światowej gospodarki „przyspiesza od momentu zakończenia zimnej wojny”.
W innym dokumencie brytyjskie ministerstwo ds. rozwoju międzynarodowego wydaje się iść na wszelkie ustępstwa wobec tych, którzy narzekali, że rynkowa monokultura prowadzi do całkowitego zaniku różnorodności. Ubodzy, uznaje, są wyjątkowo silnie uzależnieni od różnorodności zasobów natury. Bieda wszakże, stwierdza raport, często zmusza ludzi do przyznania pierwszeństwa swoim najpilniejszym potrzebom i korzystania z zasobów w sposób niezrównoważony. Innymi słowy, tak naprawdę to biedni są sami sobie winni. Raport ministerstwa nie wspomina ani słowem o przekształceniu przez potentatów przemysłu drzewnego magicznego leśnego świata w stos belek, ani o naruszeniu świętych rzek poprzez budowę monstrualnych tam. Nawołuje natomiast, by tworzyć ludziom „zachęty do właściwego gospodarowania”. Tak więc ci, którzy dbali o swoje lasy i pola przez tysiące lat mają być instruowani przez miastowych „ekspertów”, co mają robić.
Znamienne, że odnowiona ideologia rynkowa znajduje najbardziej jawny wyraz w tych „humanitarnych” agencjach, które oferują biednym pomoc, wsparcie i know-how. Nawet ich definicja ubóstwa jest podejrzana. UNDP (Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju) definiuje bogactwo narodów wyłącznie w kategoriach dochodu i wzrostu gospodarczego, a nie jakości życia, o której decyduje m.in. poczucie wspólnoty czy równowaga ekologiczna. W tym duchu UNDP wyraziło w 2001 r. swoje poparcie dla genetycznie modyfikowanej żywności jako mającej ponoć stanowić odpowiedź na problem światowego głodu. Zdecydowano tak pomimo faktu, że większość z głodujących żyje w krajach, w których występuje nadwyżka żywności. Porażka rynku w walce z głodem jest używana jako usprawiedliwienie wprowadzania technologii, które zwiększą bogactwo i potęgę koncernów biotechnologicznych i ich udziałowców, podczas gdy chłopskie gospodarstwa uwikłane zostaną w nowy system zależności i wyzysku. Żaden z tych względów nie zaprzątał głowy wicepremiera Johna Prescotta, kiedy przemawiał na finansowanej przez OECD konferencji na temat biotechnologii. Powiedział on delegatom, iż świat zaakceptuje wreszcie transgeniczne uprawy, jako że płynące z nich „cudowne korzyści” są „powszechnie doceniane”.
Obrońcy globalnego kapitalizmu konsekwentnie manipulują językiem, by sprawnie realizować swoje cele. Czyniąc to, przypominają działających bardziej tradycyjnymi metodami XX-wiecznych totalitarystów. Jednakże ich podejście jest bardziej finezyjne, ponieważ przymus pójścia „jedyną słuszną drogą” jest tu znacznie lepiej zakamuflowany. Banki, międzynarodowe korporacje i ich polityczni klienci oraz media przyjmują słownictwo swoich krytyków, wielu z nich przeciągając w ten sposób na swoją stronę.
Promują oni swoje złudne zaangażowanie w reformy – i jednocześnie iluzję, że jedynie oni mogą je przeprowadzić. Wykorzystywanie „zielonej” retoryki przez dzierżycieli realnej potęgi jest częścią stopniowego kwestionowania prawa większości spośród mieszkańców Ziemi do podejmowania politycznych i ekonomicznych wyborów. Wykorzystuje nadzieje i obawy biednych oraz cynicznie manipuluje idealizmem młodych.
Jeremy Seabrook
tłum. Michał Sobczyk
Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się w miesięczniku „The Ecologist” nr 11/2001. Przedruk za zgodą redakcji. Tytuł niniejszego przekładu pochodzi od redakcji „Obywatela”.
Przypisy tłumacza:
1 Projekt ten, realizowany w latach 80., miał na celu rozwój nowo powstałego stanu Rondonia poprzez jego kontrolowaną kolonizację, wprowadzenie zrównoważonego rolnictwa i intensywny rozwój infrastruktury; zakończył się całkowitą ekologiczną i społeczną klęską.
2 Nawiązanie do biblijnej sceny nawrócenia Szawła (późniejszego św. Pawła), do którego Jahwe przemówił z nieba podczas drogi do Damaszku: „Szawle! Czemu mnie prześladujesz?” (Dz 9,4).
3 International Conference on Financing for Development, konferencja organizowana przez ONZ w Monterrey w Meksyku.
4 Opublikowany w 1987 r. raport Komisji ONZ ds. Środowiska i Rozwoju „Nasza wspólna przyszłość” (Our Common Future), zwany Raportem Brundtland od nazwiska koordynującej projekt norweskiej premier dr Gro Harlem Brundtland, obecnej przewodniczącej Światowej Organizacji Zdrowia.

















