Obywatel nr 5/2004 (19)
Ekolog ma serce po lewej stronie
„Myśl globalnie, działaj lokalnie” – mówi stara i popularna ekologiczna maksyma. Jednak w dzisiejszych czasach trzeba nam czegoś innego, bo myślenie wyłącznie w kategoriach globalnych już nie wystarcza. Trzeba działać – i to szybko – na skalę globalną, a nie wyłącznie lokalną, ponieważ tylko dzięki temu jesteśmy w stanie uchronić Ziemię przed zagładą. By efektywnie bronić środowisko naturalne musimy dążyć do fundamentalnych, czytaj radykalnych, zmian. Chcąc to osiągnąć nie można zamykać się w skansenie i wyizolowywać ze wszystkiego, co jest poza nim. Era globalizacji, w jakiej przyszło nam żyć, wymaga od nas globalnych działań i wzięcia odpowiedzialności za cały świat, bo nawet najlepsze i najgłębsze zmiany przeprowadzone jedynie wewnątrz pewnego ograniczonego obszaru niewiele zmienią w skali świata, a i tak prędzej czy później ktoś się o ten mały wycinek ziemi upomni i zechce go zmienić lub wykorzystać.
Nasze myślenie na ten temat musi ulec radykalnym zmianom. Od co najmniej 30 lat autorytety naukowe, moralne i duchowe alarmują, że stoimy na krawędzi katastrofy ekologicznej. To absolutna prawda. Tyle tylko, że przez ten czas sytuacja nie uległa wyraźnej poprawie. Jeśli mamy być efektywni w działaniach ekologicznych, musimy porzucić ograniczające nas schematyczne ramy i doprowadzić do całkowitego oraz fundamentalnego przetransformowania społeczeństw niszczących środowisko. Jednym z głównych punktów na tej drodze jest zrozumienie i uzmysłowienie sobie przez inicjatywy ekologiczne faktu, że muszą one mieć jasno sprecyzowaną polityczną świadomość. By efektywnie chronić środowisko nie wystarczy już dzisiaj po prostu ograniczać się wyłącznie do problemów ekologii i np. chronić wyłącznie obszary dziewicze. To jest niezwykle ważne, ale dziś trzeba umieć spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość w szerszej, także społecznej perspektywie. Dzisiejsze powiązania oraz zależności polityczne, społeczne i przede wszystkim ekonomiczne sprawiają, że myślenie wąskimi, wyspecjalizowanymi kategoriami się nie sprawdza. Jest nieefektywne. Aby być efektywnym (nie efektownym), by kroczyć ścieżką eko-wojownika (nie ego-wojownika), trzeba swobodnie poruszać się i operować na wielu płaszczyznach, a nie jedynie tej związanej z ekologią.
W świetle tradycji i historii radykalnej myśli ekologicznej taka zmiana może przyjść tylko z lewej strony sceny politycznej. Dlaczego? Najprościej mówiąc, teorie wywodzące się z lewicowej myśli społeczno-politycznej najbliższe są temu, co trzeba osiągnąć, by rzeczywiście chronić środowisko naturalne i zapewnić odpowiednią koegzystencję ludzi i innych form życia na Ziemi. A dlaczego nie prawica? Konserwatyzm jest skostniały, defensywny i wtórny. Opowiada się za utrzymaniem status quo, za zachowaniem tradycyjnych wartości w sferze społecznej i mentalnej, za utrzymaniem porządku ekonomicznego opartego na gospodarce kapitalistycznej, wreszcie – w skrajnych przypadkach – chce powrotu do przeszłości, do bliżej niezidentyfikowanego okresu powszechnej (czytaj: dla wybranych) świetności. Otóż ja nie chcę powrotu do przeszłości, nie chcę skansenu. Bo jest on przy dzisiejszym poziomie zależności, powiązań i transgeniczności skazany na spektakularną porażkę, lub co gorsza powolną agonię. Nie chcę także powrotu „starych dobrych wartości”. Bo o jakie wartości i okres tu chodzi? Czy o wartości chrześcijańskie, nacjonalistyczne, ideę wyższości jednej kultury-tradycji nad innymi, patriarchalne, głoszenie jedynie słusznej prawdy, zatrzymanie się w rozwoju świata? Ta niezachwiana i irracjonalna wiara w zatrzymanie lub cofnięcie wskazówek czasu jest naprawdę zastanawiająca. Niestety, czy to nam się podoba czy nie, nie jesteśmy w stanie powstrzymać ludzkiej ciekawości i dążenia do zmian i postępu.
Kumulujących się nowych problemów (jakby mało było tego, co już odziedziczyliśmy po poprzednich pokoleniach), jak np. biotechnologia, inżynieria genetyczna, klonowanie ludzi i zwierząt, prawa patentowe itd., nie są w stanie powstrzymać ani agendy rządowe, ani organy ścigania, ani specjalne ustawodawstwo, ani wzorce moralne czy etyczne. Zawsze znajdzie się ktoś, kto te zakazy złamie w imię postępu, chęci zdobycia sławy, ulżenia bliskim czy po prostu ciekawości. Dla jednych rozwiązaniem tego problemu byłby bliżej nieokreślony totalitarny rząd światowy, kontrolujący wszystkie aspekty życia, także te najbardziej prozaiczne i codzienne. Jednak odprawianie modłów i czarów na nic się tutaj nie zda, a sensowną alternatywą, którą mogą zaakceptować szerokie rzesze ludzi są działania na masową skalę i współpraca wielu postępowych środowisk. To już ma miejsce i to powoli zaczyna się dziać, właśnie w obrębie szeroko rozumianej myśli lewicowej.
Gdy mówię o tej nowej lewicowości, nie mam na myśli zamordystycznych reżimów komunistycznych XX w., ani dzisiejszych partii politycznych, kojarzonych z lewicą, jak amerykańscy Demokraci, angielscy Labourzyści, niemieccy Socjaldemokraci czy polskie SLD, SdPl, PPS i Marks jeden wie co jeszcze. Nie mówię nawet w imieniu tzw. partii alternatywnych, kiedyś nazywających się anty-partiami, czyli Zielonych, działających w obrębie polityki instytucjonalnej, bo dawno już straciły one swoją alternatywność, w imię kompromisów, stołków i rezygnowania ze swoich, niegdyś radykalnych, programów wyborczych. Te wszystkie siły są tak zżarte korozją i rdzą jak reszta sceny politycznej czy cała demokracja przedstawicielska.
Mówię raczej w imieniu tych wszystkich sił, które odnajdują się w sferze polityki nieinstytucjonalnej, które wspierają autentyczną demokrację uczestniczącą i coś, co przyjęło określać się terminem „społeczeństwo obywatelskie”. Mówię w imieniu radykalnych grup i ruchów ekologicznych (jak przeciwnicy rozbudowy dróg w Wielkiej Brytanii czy Reclaim the Streets), tych odłamów ruchu anty-globalizacyjnego, które w swoich programach i działaniach odwołują się do radykalnej krytyki społecznej, tych odłamów anarchizmu, które nie zostały zaślepione neoliberalną retoryką, wreszcie tych odłamów ruchów emancypacyjnych, progresywnych i wolnościowych, które potrafią wyjść poza wąskie getto alternatywności, która często kończy się instytucjonalną i mentalną pułapką dla czegoś, co swego czasu było autentyczne i żywe.
Te nowe formy działań i aktywności w ostatnich latach przybrały niezwykle na sile, a co ważniejsze – zaczęły się łączyć w skonsolidowane i zorganizowane działania. Jedni nazywają to ruchem anty-globalizacyjnym, inni przebudzeniem społeczeństwa obywatelskiego, jeszcze inni nową generacją ruchów społecznych. Nie wiem, czym to jest lub czym ma być, ale podskórnie czuję, że jest dużo bliższe szeroko rozumianej lewicowości niż prawicy czy myśli konserwatywnej.
Jeśli spojrzymy na najważniejsze radykalne idee i teorie ekologiczne, takie jak ekologia głęboka, ekologia społeczna, wyzwolenie zwierząt czy anarcho-prymitywizm, to odkryjemy, że są one w gruncie rzeczy lewicowe i im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla każdego stworzenia na Ziemi. Każda z tych teorii w mniejszym lub większym stopniu wzywa nie tylko do ochrony środowiska – czy poprzez kładzenie nacisku na obszary dziewicze (jak ekologia głęboka), czy poprzez zmianę relacji w stosunku wobec zwierząt (jak w koncepcji wyzwolenia zwierząt), czy zniszczenie instytucji państwa (jak anarcho-prymitywizm) – lecz równocześnie zwraca uwagę, że kluczowym czynnikiem odpowiedzialnym za pomyślną przyszłość życia na Ziemi jest autentyczna transformacja czynników ekonomicznych, technologicznych i ideologicznych.
Ekologia głęboka pozostaje w ostrej sprzeczności z dominującym światopoglądem społeczeństw technokratyczno-przemysłowych, który przyznaje ludziom status jednostek wyobcowanych i władających pozostałą częścią Natury. Zwolennicy ekologii głębokiej nie tylko ostro kwestionują antropocentryczne spojrzenie na życie na Ziemi, ale również umieszczają to w obrębie szerszej opozycji wobec współczesnej cywilizacji: dominacji i panowania ludzi nad innymi gatunkami, mężczyzn nad kobietami, bogatych i silnych nad biednymi, kultury Zachodniej nad innymi kulturami. Arne Naess, twórca terminu „ekologia głęboka” mówi, że samorealizacja może dokonać się wyłącznie poprzez tworzenie „niedominujących społeczeństw”, które traktują wszystkich członków uczciwie, tak samo zarówno ludzi jak i pozaludzkie formy życia. W takim ujęciu głęboka ekologia przejawia się jako siła wspierająca radykalną, społeczną zmianę. Nie może być mowy o ochronie obszarów dziewiczych bez jednoczesnych rozmów o systemie społeczno-politycznym, który je niszczy.
Ekologia społeczna zakłada, mówiąc słowami jej twórcy, anarchisty Murray’a Bookchina, że „należy przekształcić opresyjne kapitalistyczne społeczeństwo w społeczeństwo ekologiczne oparte na niezhierarchizowanych relacjach, zdecentralizowanych demokratycznych wspólnotach i takich eko-technologiach, jak energia słoneczna, rolnictwo organiczne oraz drobny przemysł”. Według Bookchina, te zdecentralizowane formy produkcji i uprawy żywności są nie tylko przystosowane do odpowiedniej wydajności produkcyjnej poszczególnych bioregionów, ale także są bardziej wydajne i ekologicznie zrównoważone. Co więcej odbudowują one bliski kontakt człowieka z ziemią, roślinami, zwierzętami, słońcem i wiatrem. To, według niego, jedyna droga do pełnego zakotwiczenia i podtrzymania szerokiej ekologicznej wrażliwości w naszej kulturze. Bookchin pisze również o tym, że uratowanie świata przed ekologiczną zagładą jest możliwe wtedy, gdy z jednej strony zostanie odrzucona dynamika oparta na poszukiwaniu jak największych zysków, w imię ekonomicznej maksymy „rozrastaj się lub umieraj” (grow up or die), którą charakteryzuje się korporacyjna gospodarka kapitalistyczna, a z drugiej zostanie przyjęta i będzie kreowana alternatywna ekonomia zorientowana na ekologicznie zrównoważoną produkcję.
Zatem teoretyczne podstawy (choć przyznać trzeba, że mgliste) dla efektywnej ochrony środowiska wypracowano już jakiś czas temu. Jednak to, co było jasne dla teoretyków, dla szeregowych działaczy niekoniecznie. Dla większości „progresywnych” ruchów społecznych, charakterystyczna okazała się forma specjalizacji działań i priorytetów. Po jednej stronie stały broniące środowiska naturalnego organizacje ekologiczne, a po drugiej broniące praw pracowniczych i kulturowych organizacje związkowe czy solidarnościowe, które de facto zezwalały na tego środowiska niszczenie.
Dopiero w latach 90. uległo to znaczącym zmianom. Nie tylko pojawiły się lokalne kampanie i współpraca z lokalnymi społecznościami, ale i sojusze z pracownikami i związkami zawodowymi w firmach, które niszczyły środowisko. Spowodowane to było szeregiem czynników, z których najważniejszym wydaje się „uczenie poprzez wspólnotę doświadczeń”, jakie zaistniało dzięki działalności wielkich, transnarodowych korporacji, które poprzez swój niczym nieograniczony rozwój w latach 90., jak i arogancką politykę, unaoczniały działaczom wywodzącym się z różnorodnych środowisk, że to właśnie one są głównym przeciwnikiem. To dlatego, między innymi, zaczęły powstawać, dziwaczne dla wielu, „wielokolorowe” koalicje. Coraz częściej zawiązywały się sojusze między ekologami a „niebieskimi kołnierzykami”. Do tego dochodziło również narastające przeświadczenie, że zasoby naturalne, także te lokalne, nie są niewyczerpalne. Dzisiaj trudno jest znaleźć jakieś miasto czy miasteczko, gdzie mieszkańcy nie czuliby się w jakiś sposób oszukani przez działającą w pobliżu korporację lub jej filię.
Na niespotykaną wcześniej skalę w działania ekologiczne zaangażowali się, zwłaszcza na Zachodzie, młodzi ludzie, głównie w wyniku masowego zagarniania przez ponadnarodowe korporacje czegoś, co popularnie nazywa się kulturą młodzieżową. Zawłaszczano („przepakowywano”) ją, by potem sprzedać z powrotem młodym ludziom, ale umieszczając ją już jednak w zupełnie innym kontekście kulturowym. Odnosiło się to już nie tylko do mainstreamu kultury młodzieżowej, ale także do młodzieżowych subkultur i wszelkich alternatywnych odłamów kultury. Narastający od początku opór wśród młodych ludzi, w latach 90. przybrał masowe formy w postaci ruchów anty-sweatshopowych, culture jammingu, rozwoju kultury DIY czy wreszcie protestów ekologicznych.
Tych zawiązanych wówczas sojuszy, często przebiegających w poprzek oficjalnych kanałów politycznych, nie należy i nie wolno lekceważyć. Wręcz przeciwnie – należy je wspierać. Ruchy emancypacyjne (feministyczne, mniejszości seksualnych, etniczne, rasowe, praw zwierząt, itd.), ruchy solidarności z krajami rozwijającymi się, ruchy pokojowe, na rzecz praw człowieka, obywatelskie itd. powinny być postrzegane jako sojusznicy, a nie przeciwnicy. Ich idee (walka) są tożsame z próbami przekształcenia opresywnego otoczenia, zbudowanego na wadliwych paradygmatach, odpowiedzialnych m.in. również za niszczenie środowiska naturalnego.
A jakie to wszystko ma znaczenie w Polsce? U nas dominuje niezrozumiała a-polityczność środowisk ekologicznych, która w prostej linii prowadzi do braku politycznego kośćca i politycznej świadomości. Kończy się to zazwyczaj tym, że ekologia i obrońcy środowiska traktowani są albo instrumentalnie, przypadkowo i wyrywkowo przez polityków (głównie przy okazji kolejnych wyborów, jak np. niesławna Wyborcza Koalicja Liderów Ekologicznych przy Unii Wolności w 1997 r.), lub co gorsza sami ekolodzy wykonują ruchy wyglądające na niezrozumiałe i nieprzemyślane, wchodząc w politycznie podejrzane układy, które zmuszają ich do uprawiania mentalnej i intelektualnej ekwilibrystyki (jak np. podchody wobec Samoobrony, która obecnie głosi m.in. konieczność budowy autostrad). Brakiem świadomości politycznej wykazują się również, wydawałoby się, że predysponowani do tego, działacze Zielonych 2004, którym co jak co, ale polityczne przygotowanie i elementarna wiedza z zakresu nauk politycznych by się przydała, skoro wykazują ambicje zasiadania w ławach poselskich (jedna z czołowych działaczek tej partii powiedziała niedawno, że: „Zieloni to najinteligentniejsza partia polityczna [w Polsce], bo właśnie niepolityczna”).
Ta a-polityczność polskich środowisk ekologicznych wyjątkowo sprawnie przekłada się na ich a-lewicowość (a częściowo także na niechęć do środowisk kontrkulturowych i alternatywnych), która u wielu starszych działaczy ekologicznych jest w wyraźny sposób powiązana z ich rodowodem i wyniesionymi doświadczeniami z opozycji demokratycznej lat 80-tych. Skutkuje to tym, że z jednej strony wszelkie działania i inicjatywy odwołujące się do szeroko rozumianej lewicowości, są eliminowane lub częściej skrycie torpedowane, z drugiej strony, totalna krytyka wszystkiego co ma związek z myślą lewicową zmusza jej oponentów do niezręcznego opowiedzenia się, często bezkrytycznie, po stronie idei wolnego rynku i kapitalizmu, stojących w jednoznacznej opozycji wobec ochrony środowiska naturalnego.
Niechęć do tego, co lewicowe, bije także od działaczy młodszej daty. Podczas gdy większość dużych protestów anty-globalizacyjnych na świecie staje się laboratoriami dla praktycznego wciągnięcia w proces podejmowania decyzji jak największej ilości osób (np. poprzez affinity groups), to w Warszawie (protesty przeciwko WEF w kwietniu) problemy decyzyjne zostały spacyfikowane i przejęte przez kilku „zasłużonych” działaczy, wypowiadających się autorytatywnie w imieniu „Ruchu” i dzielących ów „Ruch” na dobrych alter-globalistów („my”) i złych anty-globalistów (wszyscy pozostali).
Podsumowując wypadałoby stwierdzić, że wszelkie działania zmierzające do ratowania środowiska naturalnego są potrzebne i niezbędne. Jednak tego typu sposób myślenia obecny od co najmniej 30 lat, czyli momentu wykształcenia się współczesnego ruchu ekologicznego, nie przyniósł wyraźnej poprawy środowiska naturalnego. Wręcz przeciwnie, kondycja Ziemi jest coraz gorsza i nie widać symptomów poprawy. Skupianie się jedynie na pojedynczych, wyizolowanych problemach, tak naprawdę nie pociąga za sobą automatycznie zmiany systemu społeczno-ekonomiczno-politycznego, który m.in. stanowi jedną z głównych przyczyn tych problemów. Uratowanie np. jakiegoś obszaru niewiele na dłuższą metę pomoże, bo na zewnątrz wszystko pozostaje tak, jak było: przemysł wokół nich dalej się rozwija (lub przenosi się za granicę), zanieczyszczenia nie maleją, świadomość ekologiczna większości społeczeństwa pozostaje bez zmian (czyli jest niska), itd. Dlatego potrzeba radykalnych w formie i fundamentalnych w treści zmian, których jak się obecnie wydaje, dokonać mogą jedynie działające na wielu frontach koalicje postępowych ruchów społecznych. Czego nam wszystkim życzę.
Bartosz Głowacki

















