Opinie:

Michał Sobczyk:

Neoliberała portret własny

(22/01/10)

Pod koniec ubiegłego roku na antenie płatnej stacji HBO miała miejsce premiera filmu dokumentalnego Andrzeja Fidyka i Anny Więckowskiej, zatytułowanego „Balcerowicz. Gra o wszystko”. Jako szczęśliwemu nie-posiadaczowi telewizora nie było mi dane się z nim zapoznać. Jak sądzę, dużo nie straciłem. Wszystko wskazuje bowiem na to, że ten filmowy portret architekta polskiej transformacji kręcony był na kolanach. Fidyk, który podczas studiów na SGPiS miał zajęcia z Balcerowiczem, mówi o nim wprost jako o kluczowym dobroczyńcy polskiej gospodarki, a nawet i całego bloku wschodniego, jak relacjonuje Ewa Winnicka z „Polityki”. Jednak to nie treść domniemanej laurki dla ikony polskiego neoliberalizmu wydała mi się godna uwagi. Znacznie bardziej interesujące jest to, że środki na produkcję wyłożył koncern energetyczny Enea, pozostający własnością państwa.

Dla tych, dla których absurd tej sytuacji nie jest oczywisty, warto przytoczyć niedawne słowa byłego wicepremiera. Na łamach dziennika, któremu nie jest wszystko jedno, kolejny raz pozwolił on sobie na uwagę, że przedsiębiorstwa, których państwowa własność zostaje utrzymana, niechybnie upadają. Co więcej, tę formę własności zaatakował również w kontekście specyficznym dla mecenasa swojej biografii. Dlaczego miedź czy węgiel mają być „strategiczne”? Dlaczego skarb państwa ma mieć większość w Orlenie, Lotosie czy KGHM? To nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia! To są etatystyczne przesądy rodem z Ameryki Łacińskiej – grzmiał na tradycyjnie przyjaznych sobie łamach.

Finansowane ze środków publicznych wybrzydzanie na państwową własność ma u nas ugruntowaną tradycję (patrz – casus „Rzeczpospolitej”). Leszek Balcerowicz ma jednak w swoim stałym repertuarze więcej poglądów, od propagowania których państwo powinno trzymać się jak najdalej, o ile poważnie traktuje tzw. wartości europejskie. Temu, że bliższy jego sercu jest Dziki Zachód niż Europa Socjalna, autor polskiej „terapii szokowej” daje nieustanny wyraz co najmniej od dwudziestu lat. Także w cytowanym już tekście. Choć jest on krótki, zdążył w nim jeszcze m.in. kategorycznie odrzucić instytucję dialogu społecznego (W Polsce panuje mit, że wszystko wymaga zbiorowych porozumień. Jeśli pakt da się zawrzeć szybko i na warunkach dobrych dla rozwoju kraju, to nie mam nic przeciwko. Ale z niektórymi ludźmi czy grupami interesów nie da się porozumieć), oraz zakwestionować sens programów mających niwelować różnice w rozwoju społecznym między „Polską A”, a „Polską B” (Nie ma sensu dążyć do tego, by na siłę w każdym miejscu w kraju tworzyć miejsca pracy, bo nie wszędzie dadzą się one produktywnie stworzyć i utrzymać. Lepiej umożliwiać ludziom przeprowadzkę tam, gdzie jest praca).

Sponsorowanie filmu o Balcerowiczu z de facto publicznych pieniędzy można potraktować jako anegdotę. Jeśli nawet, to jest ona wymowna. W dobie kryzysu, kiedy koniec neoliberalizmu został odtrąbiony nawet przez media głównego nurtu, uwielbienie menadżerów czołowej państwowej spółki dla symbolu tej doktryny brzmi jak ponury żart. Historia ta jest także świetnym przykładem neoliberalnej obłudy. Celnie podsumował ją Janusz Śniadecki ze Zrzeszenia Związków Zawodowych Energetyków, który postawił retoryczne pytanie, jak sposób finansowania filmu ocenia jego bohater, który wielokrotnie przekonywał, że najgorsze, co może się Polsce przydarzyć, to własność publiczna i monopole. Wygląda, że nie zawsze, jeśli pieniądze są słusznie wydawane – skomentował Śniadecki.

Michał Sobczyk


  • Wykop
  • BLIP
  • twitter
  • facebook
  • flaker
  • sledzik
  • google icon
  • del.icio.us icon
  • digg icon

Komentarze

Autor: andreas
25-01-2010
Zupełnie jak w bajce
Pan Leszek Balcerowicz został na stałe ozłocony i przyspawany do marmurowego cokołu ze stosowną tablicą ku czci. Stał się tym samym niepodważalnym autorytetem i wszelka z nim dyskusja jest bezcelowa. Jakże bowiem dyskutować ze złotą figurą bohatera? Aby wzmocnić efekt budowania wokół osoby Pana balcerowicza atmosfery czołobitności powstają (jak widać) filmy dokumentalne z wyraźną tezą. Oczywiście z dokumentalnym filmem też nikt nie polemizuje, bo który reżyser podjąłby się dzieła z góry skazanego na przegraną?
Tak oto potoczyły się dzieje naszej III RP, że wszelka dyskusja a argumentami Pan Balcerowicza, szukanie alternatywy dla promowanych jego nazwiskiem rozwiązań to samobójczy strzał we własną głowę. W końcu dwadzieścia lat powtarzania społeczeństwu, co jest dobre a co złe przynieść musiało pożądane efekty. Dziś nawet przysłowiowy bezrobotny z byłego PGRu z należytą czcią pochyla głowę przed złotą figurą bohatera. Czyż nie należy się pobożny szacunek temu, który naraził się wszystkim, wziął na swe barki ciężar całej gospodarki i podołał? Oczywiście, że należy, bo ów junak dał radę!
Niczym w słowiańskiej bajce Pan Balcerowicz na początku był prostym człowiekiem, który jednak ponad lud zwykły wyrastał, bo widział więcej niż inni. Oto dawno, dawno temu w zamierzchłej epoce końca zimnej wojny, po morzach i oceanach kryzysu pływał okręt zwany Gospodarką PRL. Trząsł się i trzeszczał. Chwiał i dygotał. Deski odpadały od pokładu, maszty bliskie były połamania a żagle całe w strzępach. Kapitan i oficerowie łatali to cudo jak umieli i tym co mieli pod ręką, ale to oczywiście niewiele dawało. Zdenerwowani pasażerowie domagali się zmian i władza się ugięła. Podzielono się spleśniałym kołem sterowym i dawna ekipa zrzuciła ze swych pleców część odpowiedzialności. Cóż z tego, skoro okręt nadal zbliżał się do dna zamiast do brzegów wytęsknionej wyspy o nazwie Dobrobyt. Gdy przyszła potrzeba i cały lud ogarnęła trwoga wreszcie bohater ujawnił swoją prawdziwą naturę i obiecał, że poprowadzi okręt przez Cieśninę Wyjścia z Kryzysu. Dzielny Leszek chwycił wyrywający się z ręki ster i obiecał, że zajmie się sprawą. Wkrótce okazało się jaki miał plan.
Po pierwsze przemalował nazwę okrętu na Gospodarkę III RP. Następnie nasz junak przekonywał, że okrętu nie ma sensu naprawiać. Najpierw należy go odciążyć. Trzeba sprzedać mijanym okrętom wszystko to co do się odkręcić lub nawet urwać. Logika była nie do obalenia, bo przecież o wiele łatwiej jest się czegoś pozbyć niż reperować, prawda? Mniej z tym kłopotu i trudu. A poza tym w pustej okrętowej kasie zaczęły się pojawiać miedziaki.
Minęło trochę czasu a na morzu utrzymywał się już tylko pusty, wyprzedany ze wszystkiego kadłub. Ten tragiczny wrak dopłynął w końcu do wyspy i tu wszystkich spotkała niespodzianka. Otóż zamiast do Dobrobytu dopłynęli do Neoliberalizmu. Tu zadowolony z siebie sternik wysiadł na ląd wraz z częścią odpowiednio dobranej załogi. Długimi żerdziami odepchnęli dryfujący wrak od brzegów i obiecali zdumionym pasażerom, że będą ich pilotowali z wyspy. Oczywiście przykazali też surowo, by nadal wyprzedawano z kadłuba co tylko się da!
Obecnie Dzielny Leszek mieszka nadal na wyspie Neoliberalizm. Z pieniędzy uzyskanych z wyprzedaży okrętu wybudował wysoką złotą latarnię morską. Siedzi w tej wieży i nadaje sygnały dla miotających się po oceanie resztek okrętu. I w bajce też robią o nim filmy dokumentalne.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą umieszczać komentarze. zarejestruj się
 

Inicjatywy „Obywatela”

http://iso.edu.pl/
http://lewicowo.pl/
http://www.obywatel.org.pl/solidarnosc
http://www.czymaszswiadomosc.pl/
http://radypracownikow.info/
http://naturalnegeny.pl
http://tirynatory.pl
http://koniczynka.org
http://miastowruchu.pl