Obywatel nr 5/2004 (19)
Był Pan ministrem w jednym z pierwszych rządów III RP i z liberalną ekipą budował zręby polskiego kapitalizmu. Czy towarzyszyły Panu obawy, że powstanie taki system, jaki mamy, to znaczy dość niewydolny, który generuje olbrzymie bezrobocie, który nie zrodził rodzimej klasy kapitalistów, który wreszcie tak łatwo ześlizgnął się w te wszystkie iluzje, jakie przyniosła reklama i nowoczesny marketing?
A.Z.: Jeden z filozofów powiedział, że piekłem jest widzieć swoje marzenia zrealizowane. W tym stwierdzeniu jest nieco przesady, ale w odniesieniu do mnie jest ono dość trafne. Jeżeli skonfrontuję swoje dawne marzenia o życiu w demokratycznie rządzonym społeczeństwie w warunkach wolnorynkowej gospodarki, z tym, co dzieje się wokół, to mam wrażenie, że oglądam je w krzywym zwierciadle! Muszę przyznać, że chociaż zakładałem, iż z odbudową kapitalizmu w kraju będzie mnóstwo zawirowań i problemów, to nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że dojdzie do tego, co teraz się dzieje. Zresztą nie tylko w gospodarce, ale we wszystkich wymiarach naszej egzystencji, od polityki po kulturę. Być może to rozczarowanie było konsekwencją naiwnych oczekiwań, jakie wiązałem z tzw. transformacją. Ale, z racji pełnionego stanowiska, dość szybko miałem okazję wyleczyć się z tej naiwności. Głównie pomogło mi w tym uczestnictwo w różnych ówczesnych konwentyklach. Wtedy właśnie mogłem się naocznie przekonać, o co naprawdę idzie. A zawsze szło o to samo. O indywidualne lub grupowe ambicje, a przede wszystkim o konkretne, chociaż w wymiarze historycznym lilipucio małe interesy.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Niektórzy wyobrażają sobie, że pomimo tak wysokiego bezrobocia życie będzie toczyło się utartym szlakiem. A przecież miliony ludzi nie mają trwałych czy systematycznych dochodów na życie. Wielu z nich wybiera coraz bardziej desperackie próby zapewnienia sobie choćby minimalnych dochodów. Coraz częściej słychać o śmiertelnych ofiarach wśród tych, którzy trudnią się zbieraniem czy odzyskiwaniem złomu tkwiącego w konstrukcjach „martwych” budynków. Niejednokrotnie dochodziło do ich zawalenia i śmierci zbieraczy. W niektórych regionach demontowane są tory kolejowe. Wzrasta zagrożenie kradzieżami i rozbojami. Pokazuje to, że redystrybucyjne funkcje państwa można zmniejszyć tylko na papierze i w zapisach budżetowych. W praktyce ludzie zdani na (nie)łaskę rynku pracy, są zmuszani do redystrybucji w formie kradzieży czy dewastowania przestrzeni publicznej.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Oczywiście, wielkie banki zainteresowane są wielkimi pieniędzmi, wielkimi obrotami, globalnymi operacjami. Dzięki sieciom oddziałów w wielu krajach świata wyszukują miejsca, gdzie transferują pieniądze, aby zmaksymalizować zyski. Ktoś, kto składa depozyt w banku – powiedzmy – w Ciechocinku nie może wykluczyć, że jego pieniądze zawędrują do Malezji, jeśli tam w danej chwili bank może odnieść największą stopę zwrotu z zainwestowanych pieniędzy. Nasza filozofia jest inna. Staramy się tworzyć warunki do tego, aby lokalne środowiska miały dostęp do pieniądza i aby on pracował na tym poziomie. Nawet drobne oszczędności, ale skumulowane, dają szanse na kredytowanie lokalnych przedsiębiorców, z których wielu nie jest w stanie otrzymać pożyczki w wielkich bankach. Przeszkodą jest choćby prowadzenie przez nich uproszczonej księgowości. Tradycyjny bank ma trudności z oceną ryzyka takiego kredytobiorcy. My, mając informacje z lokalnych środowisk, możemy brać pod uwagę coś więcej niż tylko dane finansowe firmy. Członkowie komisji przyznającej kredyt często znają osobiście kredytobiorcę, znają jego charakter, a nawet korzystają z jego usług, bo kupują w jego sklepie czy posyłają swoje dzieci do jego lodziarni.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Fundusz słomianego misia
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Przez długi czas nie mogłem zrozumieć, czy istotnie wśród osób decydujących o kryteriach przyznawania dotacji są sami wrogowie przyrody, czy wynika to po prostu z wszechobecnej ludzkiej głupoty, czy też może z jeszcze innych powodów. Odpowiedź można znaleźć podczas dokładnej analizy zasady udzielania dotacji na edukację ekologiczną. Jednak zanim ktokolwiek chciałby się zabrać za żmudną lekturę takich dokumentów (a i tak większość zasad to "wewnętrzne procedury", które nie są udostępniane zainteresowanym z zewnątrz), proponowałbym dla odprężenia obejrzeć znaną polską komedię Stanisława Barei pt. "Miś". Cytat z tego filmu poleciłbym wydrukować i powiesić nad łóżkiem każdemu działaczowi myślącemu o zrealizowaniu jakiegokolwiek projektu z udziałem środków np. wojewódzkiego funduszu ochrony środowiska: "Po co jest ten miś? Otóż to, nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta! Wiesz, co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości! Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom! Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić!... Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach. Dostajemy za tego misia, jako konsultanci, 20% ogólnej sumy kosztów - więc im on jest droższy, ten miś, tym...". Żeby cytat nie był nieaktualny, zawsze można słowo "miś" zastąpić np. internetowym konkursem "Agenda 21", akcją zbierania śmieci przez dzieci, konkursem fotograficznym "Samochód na tle zieleni" czy czymkolwiek innym, co nie ma żadnego znaczenia ekologicznego i edukacyjnego, natomiast pozwala rozdmuchiwać budżet do dowolnych granic. Oczywiście nie ma tu mowy o żadnych 20% dla konsultantów, mechanizm jest zupełnie inny, lecz równie korupcjogenny.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Kolej miejska w Łodzi – ratunek dla aglomeracji
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Obecna sytuacja układu komunikacyjnego Łodzi jest zła: od strony Zgierza przepustowość drogi kołowej przekroczono, Średni Dobowy Ruch wynosi tutaj 14966 pojazdów (dane z Generalnej Dyrekcji Dróg Państwowych z roku 2000). Z kierunku Pabianic przepustowość istniejącej sieci drogowej także jest przekroczona (15313 pojazdów dobowo). Najgorsza sytuacja występuje od strony Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie brak jest linii kolejowej w kierunku południowym i cały ruch przetacza się drogami. Średni Dobowy Ruch wynosi tutaj 25806 na wjeździe do Łodzi (jeden samochód co cztery sekundy) i 22672 pojazdy na dalszej części drogi krajowej nr 1 w kierunku Piotrkowa. Niemożliwa jest egzystencja miasta o długości 15 kilometrów i szerokości 10 km ciągłej zabudowy bez wydajnej komunikacji szynowej. Dalsza taka sytuacja doprowadzi do pogorszenia się jakości życia w mieście i eskalacji problemów transportowych. Wobec braku wydajnego systemu transportu mieszkańcy zostaną de facto zmuszeni do posiadania samochodu osobowego, ponieważ będzie to jedyny szybki środek transportu w tej ogromnej aglomeracji. Doprowadzi to do jeszcze większych korków na ulicach i eskalacji problemów. Miastu może pomóc tylko działanie systemowe, a takim jest stworzenie systemu Szybkiej Kolei Miejskiej.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Mleko początkowe a prawo międzynarodowe
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Taktyka sprzedaży produktów mlecznych firm Nestlé, Danone, Gerber, Milupa jest wysoce nieetyczna i w wielu miejscach stanowi pogwałcenie przepisów Kodeksu. Przedstawiciele handlowi prezentują matkom fałszywe, wyidealizowane informacje o produkcie. W szpitalach i punktach szczepień niemowląt rozdawane są bezpłatne próbki oraz firmowe upominki (zegarki, kalendarze, zabawki). Kwitnie współpraca z miejscowym personelem medycznym: opłacone pielęgniarki odwiedzają ciężarne kobiety w domach, by promować sztuczne karmienie. Lekarze pediatrzy rekomendują mleko na oddziałach położniczych i noworodkowych, za co firmy fundują im luksusowe wakacje. Dyrekcja szpitali przyjmuje w formie darowizny sprzęt medyczny (z logo firm) w zamian za zgodę na umieszczanie na oddziałach noworodkowych urządzeń z gotowym mlekiem, które zgodnie z zaleceniem lekarzy "można stosować podczas przerw w laktacji".
Obywatel nr 5/2004 (19)
Przetrwali!
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
I edycja "Obozu Obywatela" odbyła się w dniach 1-10 lipca tego roku. Zainteresowanie obozem było, ku zaskoczeniu organizatorów, duże. Jednak rekrutacja przeprowadzona przed obozem pozbawiła 80% zainteresowanych szans na udział w nim. Na tym się nie skończyło. Czwartego dnia o świcie za niewywiązanie się z przydzielonego zadania została wykluczona z obozu pierwsza osoba. Po siedmiu dniach spędzonych w błotnistej, wilgotnej i zimnej puszczy razem z tysiącami komarów i kleszczy, po całonocnym marszu rezygnuje kolejny uczestnik, tym razem z powodu niewydolności organizmu. Pozostała grupa, mimo uporczywych ukąszeń owadów, długich marszy, przenikliwego zimna i wilgoci, opuchniętych stóp itp., szczęśliwie dotrwała do końca obozu.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Jeśli pragniemy głębokiej zmiany, to czy najważniejszy jest dystans, potrzebny, by ujrzeć rzeczy we właściwych proporcjach?
S.K.: Zmiany nie osiągnie się jednym aktem przemocy, nagłym niczym trzęsienie ziemi. Dla mnie kryzys ekologiczny jest czymś, co skłania mnie tym bardziej do cierpliwości, która umożliwia długofalową perspektywę. Ja nie wierzę, tak jak część radykalnych ekologów, że musimy dokonać zmiany nagle, gdyż czas ucieka w błyskawicznym tempie. My nie nadzorujemy tego świata! Czas nie jest w naszym ręku. My musimy zrobić wszystko co możemy i dołożyć pilnych starań i jeśli trzeba, to pracować dniami i nocami, aby doprowadzić do przyjęcia ekologicznego paradygmatu i holistycznego postrzegania świata. Ale zawsze zachowujmy cierpliwość i powstrzymujmy się od użycia przemocy.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Status "wolnocłowca" stawia takie osoby w specyficznej relacji do społeczeństwa, które ich w danej chwili gości i do miejsc, które za sobą zostawiają. Czynione są im dwa podstawowe zarzuty. Po pierwsze, bardzo rzadko są oni członkami lokalnego kościoła lub jakiejkolwiek ochotniczej organizacji w kraju, w którym przebywają, poza kibicowaniem drużynie piłkarskiej. Najzwyczajniej w świecie brakuje im na to czasu. Przygotowanie wolontariusza np. w organizacji dobroczynnej zabiera rok. Jeżeli przebywa się w jakimś kraju tylko kilka lat, to już się to nie kalkuluje. Po drugie, stanowią oni osobne grupy obywateli w różnych miejscach, ale nigdzie nie przynależą do ogółu społeczeństwa danego kraju. Paul Kingsnorth poszedł dalej twierdząc, że ta "wykorzeniona elita technokratyczna", która "pozbyła się bagażu lokalności i komplikacji wynikających z historii" jednocześnie coś utraciła. "Mogą przebywać w ekologicznych osiedlach w Brunei, ale nigdy nie rozpoznają ptaków śpiewających w żywopłotach ich własnego kraju. Piją najbardziej ekskluzywne rodzaje wód ze swoich minibarków, ale nigdy nie napili się z górskiego strumienia". Pomijając ryzyko zdrowotne, jakie wiąże się dzisiaj z tak prostą przyjemnością (ostatni górski strumień, koło którego przechodziłem zwiększył swą objętość dwukrotnie odkąd stał się miejscem zrzutu ścieków z pobliskiej fermy hodowlanej) oraz fakt, że 85% ludności prawdopodobnie oblałoby test związany z żywopłotami, to kwestia wykorzenienia wydaje się być na rzeczy.
Obywatel nr 5/2004 (19)
III Rzeczpospolita – próba podsumowania
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Tak jak w XVIII w. jedna frakcja magnacka wisiała na pieniądzach Petersburga, druga – Berlina, a jeszcze inna Wiednia, tak obecnie podziały w elitach politycznych są również efektem uzależnienia od konkretnego obcego ośrodka, zaś podziały ideologiczne to najczęściej fikcja. Program partyjny jest na ogół dokumentem mającym ukryć faktyczny brak jakiegoś programu. Taki układ niemal nikomu w III RP nie przeszkadzał – przecież gdyby naprawdę przeszkadzał, to jednak istniała możliwość jego zmiany. W życiu politycznym III RP przez cały okres jej istnienia trwały różne grupy posiadające jakiś konkretny program. Niekoniecznie słuszny, ale wyróżniający daną partię konkretnymi propozycjami, a nie tylko odmiennym składem personalnym. Na lewicy istniały np. Polska Partia Socjalistyczna czy Unia Pracy z czasów Ryszarda Bugaja, na prawicy Unia Polityki Realnej, Konfederacja Polski Niepodległej, nie mówiąc już o szeregu małych i nie tak trwałych jak tamte grup o wyrazistych programach. Ich wspólną cechą było to, że miały elektoraty wielkości paru procent, jeśli nie promili. Obywatele III RP w minionym 15-leciu niepodległości, nie głosowali wcale na żadne programy polityczne, lecz na lepszy krawat. I nikt ich do tego nie zmuszał – dlatego w Polsce podstawowym problemem politycznym nie jest stan elit ani wadliwy mechanizm państwa. Są nim sami Polacy, bo to oni wytwarzają te elity i mechanizmy.
Obywatel nr 5/2004 (19)
W świetle tradycji i historii radykalnej myśli ekologicznej taka zmiana może przyjść tylko z lewej strony sceny politycznej. Dlaczego? Najprościej mówiąc, teorie wywodzące się z lewicowej myśli społeczno-politycznej najbliższe są temu, co trzeba osiągnąć, by rzeczywiście chronić środowisko naturalne i zapewnić odpowiednią koegzystencję ludzi i innych form życia na Ziemi. A dlaczego nie prawica? Konserwatyzm jest skostniały, defensywny i wtórny. Opowiada się za utrzymaniem status quo, za zachowaniem tradycyjnych wartości w sferze społecznej i mentalnej, za utrzymaniem porządku ekonomicznego opartego na gospodarce kapitalistycznej, wreszcie – w skrajnych przypadkach – chce powrotu do przeszłości, do bliżej niezidentyfikowanego okresu powszechnej (czytaj: dla wybranych) świetności. Otóż ja nie chcę powrotu do przeszłości, nie chcę skansenu. Bo jest on przy dzisiejszym poziomie zależności, powiązań i transgeniczności skazany na spektakularną porażkę, lub co gorsza powolną agonię. Nie chcę także powrotu "starych dobrych wartości". Bo o jakie wartości i okres tu chodzi? Czy o wartości chrześcijańskie, nacjonalistyczne, ideę wyższości jednej kultury-tradycji nad innymi, patriarchalne, głoszenie jedynie słusznej prawdy, zatrzymanie się w rozwoju świata? Ta niezachwiana i irracjonalna wiara w zatrzymanie lub cofnięcie wskazówek czasu jest naprawdę zastanawiająca. Niestety, czy to nam się podoba czy nie, nie jesteśmy w stanie powstrzymać ludzkiej ciekawości i dążenia do zmian i postępu.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Tymczasem nie jest możliwe i celowe powstrzymanie ogółu zmian czy cofnięcie się do przeszłości, choć potrzeba nam także krytyki zbyt gwałtownych i niekorzystnych przekształceń. A wszystko to nie w epoce silnych naturalnych wspólnot, nienaruszonej tradycji i organicznego ładu, lecz wśród pozrywanych więzi, nowych światopoglądów i współistniejących różnych stylów życia oraz rozbudzonej wrażliwości jednostkowej, a także na planecie mocno przekształconej i zaludnionej już przez ponad 6 miliardów ludzi. Potrzebna jest nam pewna doza myślenia konserwatywnego, ale na pewno nie konserwatyzm jako całościowa ideologia jakiegoś "sprawdzonego porządku" rodem ze skansenu. Zatem ekologia, która odpowiadałaby dzisiejszym wyzwaniom nie może być ani lewicowa, ani prawicowa. Powinna być swego rodzaju "nowym centrum", które sytuuje się w opozycji nie tylko wobec postępowości i konserwatyzmu, ale także wobec technokratyczno-kapitalistycznej "realnej polityki środka", firmowanej przez globalny establishment. Po prostu taka, jaką proponował Ernst Friedrich Schumacher, który w słynnej pracy "Małe jest piękne" umiejętnie połączył nowe ze starym, "nasze" z "cudzym", a chęć zmian z zachowawczością. Autor tej znanej książki wymykał się prostackim zaszufladkowaniom. To z jednej strony ekonomista z establishmentu, doradca kanclerza Adenauera, jeden z czołowych "mózgów" niemieckich ordoliberałów, ekspert ws. rozwoju angielskiego górnictwa oraz miłośnik katolickiego myśliciela i publicysty Gilberta K. Chestertona. Z drugiej natomiast poszukiwacz alternatyw w gospodarce, pionier "ekonomii ekologicznej", piewca nowoczesnych technologii "małej skali", odważnie czerpiący inspiracje z buddyzmu i kultur Trzeciego Świata.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Ruth Hubbard, Stuart Newman
Bezstronni obserwatorzy różnią się w opiniach dotyczących tego, w którym momencie eugenika wyboru przekształca się w eugenikę yuppie. Dla niektórych osób z wrodzonymi upośledzeniami, eugenika wyboru, mająca na celu zapobieganie narodzinom ludzi takich jak oni, idzie za daleko. Ludzie tacy czują się i uważają się nie za ofiary swych genów, ale raczej za ofiary nieprzystosowania do reguł społeczeństwa. W tym samym czasie brak rozszerzonych systemów wsparcia rodziny i zdrowia dla wielu, przesuwa równowagę w kierunku "zapobiegawczej różnorodności". Wszystkie eugeniki określają niektórych ludzi jako "biologicznie nie do przyjęcia". Zwrot w kierunku eugeniki yuppie potencjalnie wyklucza coraz więcej osób.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Zniesiemy karę śmierci, gdy bandyci przestaną wymierzać ją społeczeństwu!
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Niestety współczesne państwo ma nonsensowne wymagania: chce, abyśmy wyrzekli się w dużym stopniu także obrony własnej, a nawet ryzykowali utratę życia (czego naturalnie nikt z nas nie zaakceptowałby w stanie natury)! Ryzyko śmierci w świecie oczywiście istnieje, lecz odmawiając wykonywania kary śmierci, państwo jednostronnie zrywa zawartą uprzednio umowę, a jedyną osobą, którą państwo od ryzyka śmierci chce uchronić jest... zbrodniarz! Mamy więc prawo czuć się zdradzeni! Państwa europejskie zerwały dotychczasową umowę społeczną i zwolniły się z jej egzekwowania! Czyżby czuły się wyłączone z obywatelskiej wspólnoty, która przywrócenia kary śmierci masowo się domaga? W czyim interesie, na rzecz czyich korzyści w takim razie działają?
Obywatel nr 5/2004 (19)
"Robotnik Wybrzeża" - pismo WZZ Wybrzeża
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Ciekawe jest jednak pytanie: Dlaczego mała grupa, ostro zwalczana od wewnątrz i z zewnątrz zdołała przekonać do idei WZZ-tów tak wielu ludzi? Było w tym dużo szczęścia, może palec boży. Wydaje mi się jednak, że główną przyczyną sukcesu WZZ-tów była prosta formuła działania. Łatwo było zrozumieć, o co nam chodzi i przyłączyć się. Na przykładzie redagowania "Robotnika Wybrzeża" spróbuję opowiedzieć, czym różniliśmy się od innych grup opozycyjnych. Byliśmy być może jedyną nieelitarną grupą opozycyjną. Inni chcieli zrobić coś dla chłopów, robotników, młodzieży – edukować ich lub bronić. My chcieliśmy zrobić coś dla siebie, kolegów z pracy, mieszkańców Gdańska, Polaków. Chcieliśmy czegoś się nauczyć, poprawić warunki pracy i płacy, sprzeciwić się jakiemuś draństwu, wywalczyć trochę wolności, obronić kolegów. W WZZ-tach działali ludzie o raczej przeciętnym statusie społecznym. Nie uważaliśmy się za mądrzejszych czy ważniejszych od naszych czytelników, nie próbowaliśmy ich pouczać. Dzieliliśmy się własnymi doświadczeniami, wiedzą, spostrzeżeniami.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Oszołomione perspektywami i możliwościami elity na ogół nie są stanie zrozumieć i wczuć się w egzystencję zwykłych ludzi, tych, którzy znaleźli się pod tą umowną kreską. Ich jedyna rada skierowana do nich brzmi: "Bądźcie bardziej przedsiębiorczy, aktywni, zaradni, pracowici, nic w życiu nie przychodzi samo". Nie rozumieją oni, że owe cechy, które wymieniają, nie istnieją samoistnie, ale są pochodną określonej sytuacji, w jakiej znajduje się jednostka ludzka. Łatwo jest być przedsiębiorczym i ekspansywnym mając wysokie dochody, albo odpowiedni stan konta. Te cechy są całkowicie abstrakcyjne w przypadku kogoś, kogo nie stać na autobus, aby dojechać do Urzędu Pracy. Pomiędzy tymi dwiema grupami nie ma w rzeczywistości żadnej solidarności, więzi i poczuciu jedności, gdyż modus ich istnienia jest całkowicie odmienny. W ten sposób społeczeństwo jest rozcięte na dwie rozłączne klasy, co sprawia, że w ramach jednego państwa żyją jakby dwa różne gatunki ludzkie, istnieją dwa różne światy.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Ironezje
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Między brukowcem a Długoszem
– przestrzeń – fantasmagoria...
– czy to jest magiel – Pitaval?
Czy – nie daj Boże – Historia...?!
Obywatel nr 5/2004 (19)
Biljana Srbljanović – w Serbii, czyli nigdzie
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Sytuacje rodzinne, sztuka o dzieciach bawiących się na śmietniku w świat dorosłych, przynoszą nam obraz z koszmarnego snu. Gry dziecięce, zabawa w rodzinę, kończą się morderstwem rodziców, przez spalenie, zastrzelenie, uduszenie. A wynaturzeń tych na karb wojny nie ma co zrzucać, bo dzieci powielają tylko zachowania dorosłych, więc równie dobrze akcję dramatu Srbljanović przenieść możemy do jakiegokolwiek miasteczka w Polsce. Bo rzecz traktuje o naszym świecie - świecie nienawiści, pędu za pieniędzmi... Dzieci obserwują ów świat i przechwytują podłe wzorce dorosłych, którzy zasłużyli na śmierć. Dorosłe dzieci powracają, i w Supermarkecie - wchodzą w okrutną dorosłość nie przez doświadczenie wojny, ale przez wzorce odbierane od rodziców i szkoły. Gdzie więc zaczyna się nacjonalizm, gdzie powstaje zarzewie konfliktu? To proste: w ludzkim sercu! Stąd właśnie pozornie odległy bałkański konflikt dotyka i nas, a Srbljanović nie opowiada o wojennej traumie, ale o świecie zawsze współczesnym. Tym za oknem, za ścianą. Jej sztuki pokazują tkwiące w człowieku napięcie, które wreszcie musi się zakończyć oczyszczającą katastrofą - na co zwraca uwagę dyrektor teatru w Opolu.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Nowy dobry jazz
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Celem muzyków Skalpela jest – jak mówią – wskrzeszenie niezwykłego klimatu polskiego jazzu lat 60. i 70., znanego z nagrań chociażby Komedy, Namysłowskiego czy grupy Novi Singers, a obecnie niestety trochę zapomnianego. Właściwie nie używają innych sampli. W efekcie, pomimo, że mamy do czynienia z duetem, większość kompozycji brzmi jak klasyczny jazzowy skład. Mamy więc głębokie kontrabasy, połamaną sekcję rytmiczną, instrumenty dęte, gitary, klawisze, a momentami też wokale, czasem zabawne, czasem nostalgicznie przygnębiające. Niezwykłego uroku dodają też szumy i trzaski analogowych płyt. Dlatego też muzycy mówią, że za nic nie zamieniliby swojej techniki na możliwość współpracy ze studyjnymi muzykami. Obecnie nie udałoby się uzyskać im tego niesamowitego, anachronicznego brzmienia, pokrytego kurzem i noszącego piętno upływającego czasu.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Uczta estetyczna
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Reżyser opowiada swą historię właściwie wyłącznie za pomocą obrazu, dialogi są tu ograniczone do minimum, co podkreśla nie tylko siłę samego malarstwa, ale jednocześnie pozwala niezwykle sugestywnie budować klimat fascynacji, pożądania, niespełnienia... Wszystko rozgrywa się w ciszy, bez potrzeby używania słów. Jak pisał John Berger, "W oryginalnym dziele milczenie i bezruch przenikają konkretny materiał, farbę, która umożliwia śledzenie następujących po sobie gestów malarza...". W przypadku natomiast nie tylko obcujemy z materią malarską, z pustym obrazem złożonym z odpowiednio dobranych barwników i detali, ale za pomocą taśmy filmowej dane jest nam w wyobraźni dopełniać miejsca niedopowiedziane, nazywać to, co nienazwane... Chłonąć świat ukazywany nam oczami tytułowej bohaterki granej przez zjawiskową w tym filmie Scarlett Johansson, niemalże ucieleśniającą zastygłe w czasie modelki uwiecznione na obrazach Vermeera. Wprost nie można oderwać od niej wzroku, podobnie jak ona nie odrywa go od otaczającego ją świata malarza.
Obywatel nr 5/2004 (19)
„Człowiek bez Pracy” (powieść w odcinkach – cz. 8)
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Przez jakiś czas pracował też w Urzędzie Wojewódzkim. Tam wytrzymał jeszcze krócej. Jak ktoś szuka Pracy, a nie tylko Pensji, o którą nietrudno za nic – wystarczy mieć znajomości w odpowiednich placówkach i nic nie robić – to długo w takim urzędzie nie wytrzyma. Pan B. znajomości nie miał, nawet jakby się znalazły, to nie chciał korzystać, a przede wszystkim pragnął Pracować, pragnął realnie wpływać na rzeczywistość i czerpać satysfakcję z tego, że coś zrobił w świecie, w którym jest przecież tyle do zrobienia. A w Urzędzie Wojewódzkim mógł tylko nauczyć się tego, jak przeżyć dzień, by nic nie zrobić, oprócz wrażenia, że robi i zrobił wiele. Praca urzędników w Urzędzie Wojewódzkim polegała na przemieszczaniu się po urzędzie w celu zajęcia się czymkolwiek, bo z nudy czas rozciągał się do wieczności, a życie groziło przemienieniem się w martwe trwanie, które ciężko byłoby wytrzymać do piętnastej. W urzędzie jak w życiu – o Pracę ciężko. Bo Pracy jest mniej niż zatrudnionych urzędników. W odpowiedzi na tę potrzebę rozmnożenia Pracy – mnożą się specjalizacje. Przykładowo: jedna pani jest specjalistką od włączania ksero, druga specjalistką od podawania papieru, trzecia – od liczenia petentów, a czwarta – od tworzenia statystyk. I koniecznie jedna księgowa na jednego pracownika. A jak ktoś jest specjalistą do spraw bliżej nie dających się sprecyzować, to się mianuje specjalistą uniwersalnym.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Kronika Kontrasa
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Michnik szlachetnie potępił donosy, za które płaci Wiesenthal. Że obrzydliwe i że na staruszków. Dla równowagi wysłał szpiega, żeby "znalazł coś" na ojca Rydzyka i na pana Kobylańskiego (według szpiega, lat 81). Szpieg zresztą taki sobie, bo jak napisał "nie ma na to dowodów, ale wszystko wskazuje, że". Jest znamienne jak bardzo "Gazeta Wyborcza" i inne media żyjące dzięki sponsoringowi wielkiego biznesu – tym są dzisiaj np. reklamy – nienawidzą Radia Maryja żyjącego głównie z obywatelskich składek. To przykład na to jak bardzo oligarchowie boją się społeczeństwa obywatelskiego bez cudzysłowu i bez dotacji Sorosa. Po podobnej jakości filmie w telewizji Kwaśniewskiego zacząłem kiedyś słuchać Radia Maryja, po tekście w "Wyborczej" zacząłem na nie płacić.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Z lunetą na dachu o Krzysztofie Kieślowskim
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Temat przewodni twórczości Kieślowskiego - człowiek - powraca w ostatnim jego dziele. "Czerwony" jest obrazem, którego zasadniczym motywem jest komunikacja między ludźmi, a właściwie jej brak. Sytuacja jest dość paradoksalna: mamy coraz lepsze narzędzia i coraz mniej do zakomunikowania sobie nawzajem. Nie rozmawiamy, ale wymieniamy informacje. "Tak właśnie Valentine rozmawia ze swoim chłopakiem będącym w Anglii". Á propos komunikacji! Znanym jest fakt, że Kieślowski na łódzką Filmówkę dostał się dopiero za trzecim razem. Potem pracował m.in. w warszawskim Teatrze Współczesnym jako garderobiany; świadczył w tej roli usługi na przykład Zbigniewowi Zapasiewiczowi. Ale wróćmy do komunikacji: wspominał reżyser, że na jednym z ostatnich egzaminów decydujących o przyjęciu na studia, zapytano go, jakie są środki komunikacji międzyludzkiej. "Odpowiedziałem: trolejbus, autobus. Byłem święcie przekonany, że to prawda, że tak jest. A oni prawdopodobnie uważali, że pytanie było tak głupie, że ja odpowiedziałem sarkastycznie czy ironicznie. I prawdopodobnie dlatego się dostałem do szkoły. A ja naprawdę myślałem, że środkiem komunikacji międzyludzkiej jest trolejbus".
Obywatel nr 5/2004 (19)
Osobiście nie widzę innej drogi wyjścia z dzisiejszego zaplątania niż zwiększenie liczby ludzi, którzy żyją według zasad starodawnej prostoty. Nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że nie powinno być handlarzy i handlu. Należy jednak pamiętać, że w świetle logiki bogactwo mogłoby istnieć nawet jeśli nie istniałby handel ani handlarze. Ważne, by zauważyli to ludzie, dla których jedyną nadzieję stanowi to, że "handel jest dobry", a także ci, których jedyną skrywaną obawę stanowi to, że "handel jest zły". W zasadzie mógłby istnieć dobrobyt na bardzo wysokim poziomie przy bardzo słabo rozwiniętym handlu. Gdyby wioska była tak szczęśliwie usytuowana, że każda mieszkająca w niej rodzina mogłaby hodować własne kury, uprawiać warzywa, doić własną krowę i (muszę to dodać) warzyć własne piwo, poziom życia i bogactwa naprawdę mógłby być bardzo wysoki. Byłby taki, mimo że najstarszy mieszkaniec przypominałby sobie tylko dwie transakcje handlowe, do jakich doszło za jego życia: zakupienie kapelusza u cygańskiego kramarza przez sąsiada oraz odosobniony przypadek zakupu parasola, czego dokonał farmer Billings.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Wygląda na to, że swoboda wypowiadania się istnieje dzisiaj tylko dla tych, którzy są obdarzeni względnie dużym i niezależnym od innych bogactwem, a także tych, którzy decydują się zaakceptować stosunkowo ubogie życie jako cenę za mówienie i pisanie tego, co naprawdę myślą. Niemal wszystkie rządowe agendy i instytucje, uniwersytety i szkoły, a także prywatne korporacje, w tym także medialne, z dużym prawdopodobieństwem zwolnią swojego pracownika za jakąkolwiek "obrazę majestatu" i wyłamanie się z tabu politycznej poprawności. "Ostry" felietonista może zostać zwolniony za jeden szczególnie trafny i przenikliwy artykuł. Niezależny biznesmen może zostać doprowadzony do ruiny na wiele sposobów, mamy także do czynienia z systematyczną presją na duże gazety, mającą na celu wycofanie z nich komentarzy "kontrowersyjnych" publicystów.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Polska w globalnej grze
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Procesy globalizacyjne analizowano u nas z pozycji krytycznej dwojako – albo zupełnie nieprzystępnie, skupiając się na egzotycznych aspektach problemu (np. wyzysk Trzeciego Świata), co utrudniało zrozumienie sedna sprawy przez osoby słabiej zorientowane w temacie. Albo też czyniono to z perspektywy silnie zideologizowanej (głównie środowiska skrajnej lewicy i prawicy), co było przyczyną hermetyczności rozważań i uwikłania ich w fałszywe schematy i jałowe dyskursy. Tymczasem w Polsce poza gettami intelektualistów i niewielkich grupek radykałów mało kogo obchodzi to, jak wygląda prywatyzacja wody w Boliwii czy patentowanie odmian ryżu w Indiach, albo rozpatrywanie procesów globalizacyjnych w kontekście "wiecznie żywych" teorii Lwa Trockiego i Romana Dmowskiego. Książka Zybały jest udaną próbą omówienia zagadnienia w sposób przystępny i unaoczniający to, jak ma się ona do życia zwykłych ludzi. Ta swoista prostota nie oznacza tu jednak błahości czy pomijania poważniejszych kwestii.
Obywatel nr 5/2004 (19)
Wbrew jednej z bardziej "betonowych" tez współczesnej myśli politycznej, autor "Końca świata jaki znamy" twierdzi, iż kapitaliści nie dążą do osłabienia państwa. Nowoczesne państwo pełni szereg funkcji ważnych z ich punktu widzenia: zabezpiecza wielką własność przed konfiskatą ("państwo prawa"), finansuje szereg usług (co byłoby trudne do osiągnięcia za pomocą nieskoordynowanych składek na jakiś cel), a także... chroni kapitalistów przed wolnym rynkiem. Wallerstein rozbija mit mówiący, iż kapitalizm jest wolnym rynkiem. Jest wykorzystaniem państwa do zapewnienia monopolu określonym podmiotom. Rzeczywisty wolny rynek nie pozwoliłby nikomu skupić zbyt dużej potęgi. Wallerstein pisze: "Hipotetyczny wolny rynek /.../ z mnóstwem nabywców i sprzedawców, z których każdy ma doskonałą informację, byłby katastrofą dla kapitalistów. Któż bowiem mógłby na nim zrobić jakiekolwiek pieniądze? Kapitalista byłby ograniczony do dochodu dziewiętnastowiecznego proletariusza /.../". I tu wkracza państwo - wprowadza zakazy i nakazy, stosuje cła i kontyngenty, tworzy infrastrukturę dla określonej działalności, finansuje naprawę ekologicznych spustoszeń, gwarantuje zamówienia rządowe, utrzymuje porządek wewnętrzny, itd. "Prawdziwy zysk, pozwalający na poważną ciągłą akumulację kapitału, jest możliwy tylko przy istnieniu względnych monopoli /.../ A takie monopole nie są możliwe bez państwa".
Obywatel nr 5/2004 (19)
W serialu Bonanza, który oglądam czasem w katolickiej telewizji, sklepikarz w Virginia City nie chce sprzedać chłopcu rewolweru, bo całe miasteczko wie, że mały będzie się mścić za śmierć ojca. Nikt ci tu broni nie sprzeda - mówi sklepikarz. Kręcone w latach 50. wieku XX. Dziś każdy porządny sklepikarz powie, że nic go nie obchodzi, po co komuś broń - on jest w pracy i ma zarobić. I nie będzie miał poczucia, że sam suwerennie podejmuje taką, a nie inną decyzję. Pozostanie w złudnym przekonaniu, że robi to, bo takie są wymogi Czasu. Bo przecież jakby pomyślał, że to jego decyzja, byłoby mu wstyd. A kto lubi się wstydzić? Lepiej zwalić to na kogoś - na przykład na System, w którym jest jak jest i tak ma być.
Obywatel nr 5/2004 (19)
W Polsce od kilku lat nie przybywa ludzi, a jednak przybywa stale autostrad, coraz nowe tereny zamieniane są w podmiejskie osiedla, najlepiej, gdy otoczone płotem i monitorowane. Kolejni nowobogaccy uciekają z miast "pod las", potem następni ich przeskakują i choć wydawało się to niemożliwe, wycinają objęty ochroną kawałek lasu i teraz oni na krótko cieszą się swoim sukcesem, aż nie spotkają emigrantów z sąsiedniego, zajętego przez biedotę miasta.
W moich rodzinnych Gliwicach, tam, gdzie kiedyś chodziłem na spacery "za miasto" czy "na miedzę", wyrosły domy. Zbudowali je ludzie, którzy chcieli ciszy na własność. Teraz inni ludzie zdecydowali, że opodal przebiegnie autostrada Drezno - Kijów. Trzeba więc będzie uciekać dalej.