Obywatel nr 4/2006 (30)
Systemowy nacisk na konsumpcję i rywalizację
sprawił, że bardzo wielu ludzi wprzęgło się w ten system – bardzo ostro
rywalizują, pracują, chcą zapewnić najlepszy byt rodzinie, przyszłość
dzieciom itd. U wielu osób przeradza się to z czasem w rodzaj
uzależnienia, w którym trudno powiedzieć: „dość”, „wystarczy”. Wiele w
tym systemie nakłania do „jeszcze więcej”, „jeszcze to”, „jeszcze
tamto”. Bez przerwy sączy się to z reklam, stało się wręcz składnikiem
powietrza, którym oddychamy. Dlatego tak wielu ludzi nie potrafi się
temu oprzeć. Uzależniają się szczególnie ci, których dziecięce
narcystyczne potrzeby zostały silnie sfrustrowane. Wtedy chwiejne
poczucie wartości własnej usiłujemy reperować nabywaniem zewnętrznych
atrybutów wartości i znaczenia. Narcystyczne społeczeństwo to jak się
zdaje, niebezpieczne cywilizacyjne zjawisko, które się samo nakręca.
Nie jest ono skutkiem jakiegoś makiawelistycznego spisku korporacji.
To psychologiczny koszt wynikający ze struktury liberalnego, rynkowego
systemu.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Odkąd “Przyjazne Spychowo” zaczęło odnotowywać
pierwsze sukcesy, wyprostowały się dla nich wszystkie – zazwyczaj
pokrętne – ścieżki urzędów. Chwalą sobie współpracę z gminą i ze
starostwem powiatowym. Andrzej Samek mówi: „Jak my swój prywatny czas
tracimy, to oni czują, że muszą nas jakoś dopingować do tej pracy.
Nasz amfiteatr jest jedyny w powiecie. Starosta lubi się nim pochwalić.
Dogryza burmistrzowi w Szczytnie – małe Spychowo postawiło sobie
amfiteatr, a ty co masz?”. Utworzył się układ, który teoretycznie
powinien funkcjonować wszędzie, lecz niestety w praktyce jest
rzadkością. Sektor pozarządowy uzupełnia się z samorządowym i
centralnym – państwowym. Poszczególne działania wspierane są przez
lokalny biznes. Zamiast sporów jest porozumienie oraz podział zadań i
odpowiedzialności. Stowarzyszenie inicjuje działania, które realizowane
są we współpracy z samorządem, patrol współpracuje z policją. Jeśli
brakuje środków na konkretne przedsięwzięcia, to dziury łata się pracą
społeczną i pomysłowością. Dobrym przykładem jest akcja stawiania koszy
na śmieci. Powstały one ze zużytych butli na gaz, które dostarczyła
rozlewnia Shell-Gas. Butle zostały obcięte, przyspawane do stojaków i
pomalowane przez członków stowarzyszenia. Dziś prezentują się niezwykle
gustownie. Kosztowały kilka puszek farby i kilkanaście godzin
nieobejrzanych seriali w telewizji...
Obywatel nr 4/2006 (30)
Ile to kosztuje? Na ochronę zdrowia wydajemy około 7 % PKB a nie 3,8 % PKB!
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO),
całość wydatków na ochronę zdrowia w Polsce wynosiła 6,5% PKB w 2003 r.
Ze środków publicznych i prywatnych w Luksemburgu wydaje się 6,8% PKB,
Czesi wydają 7,5% PKB, Słowacy 5,9% PKB. Całość wydatków w Polsce jest
podobna. Nasze wydatki nie są duże, ale znacznie większe niż 3,8% PKB,
którą to liczbę wmawia się społeczeństwu (wydatki pochodzące ze środków
publicznych).
Obywatel nr 4/2006 (30)
Święto Śliwki – bo tak nazywa się ta impreza –
odbywa się na przełomie września i października. Po raz pierwszy
zorganizowano je w 2000 r. w Strzelcach Dolnych, gdzie tradycja wyrobu
powideł była najlepiej zachowana. Mieszkańcy wspólnie usmażyli kilka
tysięcy słoików powideł, które natychmiast sprzedano. Od tamtej pory
święto odbywa się co roku, przyciągając tłumy „turystów kulinarnych” i
integrując lokalną społeczność we wspólnej pracy. Dla mieszkańców
Strzelec jest to także okazja do podreperowania swojego budżetu. Pomysł
sprawdził się w takim stopniu, że mieszkańcy jedenastu innych
miejscowości również zaczęli wyrabiać i sprzedawać swoje powidła. Anna
Iwanowska, szefowa Koła Gospodyń Wiejskich w Strzelcach Dolnych, mówi:
„Tylko z mojego gospodarstwa przygotowaliśmy 4 tys. słoików i wszystko
sprzedaliśmy jesienią”. Jej mąż, pan Jan, dodaje: „Jedyną reklamą było
dla nas Święto Śliwki i tablica informacyjna przy wjeździe do
gospodarstwa”. W celu popularyzacji tradycyjnego smakołyku TPDW
utworzyło specjalną stronę internetową (www.powidla.pl). Ale nie chodzi
tu o nachalny marketing. – „Nie chcemy naszych powideł sprzedawać w
Polskę czy świat. Chcemy, by ludzie do nas przyjechali i ich
skosztowali. Przy okazji mogliby poznać naszą krainę, spróbować innych
lokalnych produktów, np. naszych miodów. Dlatego negatywnie odpowiadamy
zainteresowanym warszawskim sklepom ze zdrową żywnością” – tak Robert
Gonia tłumaczy oryginalną „filozofię produkcji lokalnej”.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Tym, co różniło działania w Polsce i RFN, był
dobór zagranicznych inwestorów. Niemcy dopuścili do inwestowania tylko
duże i znane firmy, takie jak: Coca-Cola, Elf Aquitaine czy Asea Brown
Boveri. Musieli również wynegocjować dobre ceny sprzedaży, ponieważ
zagraniczni inwestorzy kupili tylko 8% firm, ale ich wkład przekroczył
20% wszystkich inwestycji we wschodnich Niemczech. Niemcy bardzo
niechętnie sprzedawali firmy zagranicznym inwestorom. Pamiętam, jak
gazety angielskie narzekały, że utrudniali firmom angielskim
inwestowanie w Niemczech. Chodziło o to, że nie chcieli, aby
zagraniczne firmy za „psie pieniądze” przejęły walory niemieckie i
usadowiły się na ich rynku. Woleli oddać za darmo te walory niemieckim
menedżerom lub firmom zachodnioniemieckim.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Jakie są przestrogi płynące z innych krajów?
M. K.:
Najbardziej wymowny jest przykład Stanów Zjednoczonych. Każda nowa
ferma przemysłowa w USA powoduje bankructwo dziesięciu rodzinnych
gospodarstw hodowlanych, zastępując wyspecjalizowane stanowiska pracy
rolników kilkoma miejscami pracy należącymi do najbardziej
niebezpiecznych i najgorzej opłacanych.
Typowa jest tu sytuacja
Północnej Karoliny, stanu drugiego pod względem wielkości produkcji
świń w USA. Dwadzieścia lat temu było tam 27 tys. rodzinnych
gospodarstw hodujących trzodę. Obecnie nie pozostał już prawie nikt –
zostali oni zastąpieni przez 2200 gigantów hodowlanych, z których 1600
jest w posiadaniu jednej korporacji ponadnarodowej: Smithfield Foods. W
jej władaniu jest 75% całej produkcji trzody chlewnej w tym stanie.
Skutkiem powstawania chlewni przemysłowych w stanie Iowa jest upadek 45
tys. niezależnych hodowców w ostatnich latach. Spośród pozostałych 10
tysięcy, aż połowa jest kontrolowana przez Smithfielda i kilka innych
wielkich korporacji. W tym miejscu wypada przypomnieć, że szef
Smithfielda, Joe Luter, zapowiedział dziennikowi „Washington Post”, że
zmieni Polskę w „stan Iowa Europy” – wielkie świńskie zagłębie Starego
Kontynentu.
Obywatel nr 4/2006 (30)
O sile lobby przemysłowych ferm może świadczyć
jeszcze jeden fakt. Pojemności zbiorników (lagun) na odchody często nie
odpowiadają ilości gnojowicy faktycznie produkowanej na danej fermie.
Efektem jest rozlewanie gnojowicy na okoliczne pola, co jest zgodne z
prawem, lecz musi być przeprowadzane w określonych porach i warunkach.
Nieprzepisowe wylewanie gnojowicy na pola jest jednym z głównych
powodów uciążliwych odorów, na które najczęściej skarżą się ludzie
mieszkający w sąsiedztwie ferm. Odory to także rezultat niezamykania
lagun (zamknięcie lagun jest obowiązkowe od 1 maja 2005 r., co
ustanowiła nowelizacja Ustawy o nawozach i nawożeniu). Niestety
instytucje odpowiedzialne za kontrolowanie wpływu przemysłowych ferm na
środowisko nie tylko mało skutecznie egzekwują obowiązujące prawo, ale
również nie podejmują innych działań mających na celu wyeliminowanie
luk w przepisach. Do takich z całą pewnością należy brak Rozporządzenia
Ministra Środowiska w kwestii ustalenia dopuszczalnego poziomu
substancji zapachowych w powietrzu, choć jeszcze do niedawna wskazywał
taką możliwość art. 86, ust. 3 Prawa ochrony środowiska. Przepis ten
został jednak uchylony za sprawą ostatniej poprawki, co w
rzeczywistości nie tylko pozbawiło zdesperowane społeczności lokalne
jakiejkolwiek szansy na ograniczenie uciążliwych i szkodliwych odorów
pochodzących z przemysłowych ferm, lecz także zniweczyło ponad
dwuletnią pracę Ministerstwa Środowiska, które przygotowywało projekt
takiego rozporządzenia. Komu zależało, żeby nie było tego
rozporządzenia?
Obywatel nr 4/2006 (30)
Robienie zakupów w supermarkecie jest
dziecinnie proste. Wystarczy przejść przez szklane drzwi, by w mgnieniu
oka znaleźć się w otoczeniu regałów i chłodni wypełnionych po brzegi
produktami w kolorowych, przyciągających wzrok opakowaniach oraz
gotowymi posiłkami, które wymagają jedynie podgrzania w mikrofalówce.
Trudno jednak znaleźć informacje, gdzie i w jaki sposób żywność
sprzedawana w supermarketach została wyprodukowana. Średnia odległość,
jaką przebywa produkt od swego wytwórcy do sklepu, wynosi w Stanach
Zjednoczonych prawie trzy tysiące kilometrów – to więcej niż
kiedykolwiek wcześniej. Oczywiste jest, że wraz ze wzrostem tej
odległości maleje nasza wiedza o tym, z jakich upraw i hodowli pochodzą
leżące na półkach warzywa, nabiał i mięso. Nikt też nie napisze na
opakowaniach, że krewetki zawierają rtęć czy inne metale ciężkie, że
truskawki zostały spryskane środkami chemicznymi zakazanymi w
większości krajów świata, albo że mleko, które nasze dzieci piją na
śniadanie zawiera substancje hormonalne, podawane krowom w celu
poprawienia ich mleczności. Wreszcie, znikąd się nie dowiemy, w jakich
warunkach pracują ludzie zatrudnieni w firmach związanych z produkcją,
transportem i sprzedażą żywności kupowanej w supermarkecie.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Wróćmy do „Solidarności”. Gdzież w
„Solidarności” szukać elit? W organizacji, która była otwarta, która
oklaskami witała dyrektora, gdy przyszedł wpisać się na tasiemcową
listę członków, przypiętą do deklaracji. „Solidarność” cieszyła się z
każdego partyjnego, który się do Związku zapisywał, wszystkich
obdarzała pełnym zaufaniem i wiarą w dobre intencje, więc i tajnych
współpracowników i etatowych pracowników bezpieki przyjmowała z
radością. Na wszelkie ewentualne obiekcje słyszałem odpowiedź:
„Słuchaj, jak oni zobaczą jaka jest »Solidarność«, to się nawrócą”. Ta
inkluzywność, chęć podzielenia się dobrą nowiną wchłania wszystkich w
przekonaniu, że jak zobaczą „jacy to my jesteśmy fajni”, to też ich
sumienie ruszy i rzeczywiście szczerze się do nas przyłączą. Ale można
też powiedzieć, że pierwszymi elitami były niewątpliwie komitety
strajkowe. Powstawały nowe elity, wybierane przez załogi, jak
najbardziej pozytywne – tych ludzi wysuwano do przodu: „Wy będziecie
nas reprezentować”. Następnie w regionach powstawało piętro MKZ-ów
(Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich), tworzone przez
reprezentantów zakładów, a od 17 września 1980 r. delegaci regionów
stanowili Krajową Komisję Porozumiewawczą. Można powiedzieć, że KKP
była krajową elitą Związku.
Obywatel nr 4/2006 (30)
„Kto chce zdobyć ludzi, musi w zastaw dać własne serce” — niemieckie tradycje katolicyzmu społecznego
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
W swoim programowym dziele Kolping, pisząc o
życiu czeladników, wyraził opinię, że do ludzi, którymi się nikt nie
opiekuje należy wyciągnąć pomocną dłoń. Podobnie jak Frederic Ozanam,
uznał, iż analogicznie jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa
misjonarze udawali się do „ludów barbarzyńskich”, tak teraz obowiązkiem
duchownych jest wyjść z zakrystii i pójść do „barbarzyńców” nowych
czasów, czyli robotników. Trzeba jednak powiedzieć, iż stowarzyszenia
Kolpinga zdecydowanie różniły się od Konferencji św. Wincentego a
Paulo, których inicjatorem był we Francji Ozanam. Nie miały być one
bowiem organizacjami charytatywnymi sensu stricto, ale zadaniem ich
było wychowywanie i formowanie robotników, uczenie ich
odpowiedzialności poprzez odejście od metod paternalistycznych.
Zadecydowały o tym z pewnością osobiste doświadczenia ich twórcy, który
przecież sam był przez dziesięć lat rzemieślnikiem i w związku z tym
wiedział, jak to ujął, „gdzie uciska but”. Na łamach wydawanego przez
francuskich społeczników pisma „Jeune Ouvriere” (Młody Robotnik), J. N.
Cornet pisał: „Pan Kolping nie należy do tych mizantropów reformatorów,
którzy umieją tylko komentować przeszłość i drżeć przed przyszłością.
Sam jako były robotnik poznał do głębi serce ludu i odkrył w nim ukrytą
i czułą strunę, którą postanowił na nowo wprawić w drganie na chwałę
Bożą"..
Obywatel nr 4/2006 (30)
Wielokrotnie przywołuję tutaj słowa nieżyjącego
już Wołyniaka Leona Karłowicza, bo dla mnie jest on przykładem
autentycznego pojednania polsko-ukraińskiego. Człowiek ten urodził się
i mieszkał na Wołyniu w latach największych rzezi, walczył w 27 WDP AK.
Po wojnie zamieszkał pod Lublinem. Pisał książki, dokumentował te
tragiczne czasy, ale czynił to bez nienawiści, starając się zrozumieć
trudne ludzkie wybory czasu wojny. Opisywał on nie tylko rzezie, ale
też i liczne przypadki ratowania, ostrzegania Polaków przez Ukraińców.
Jego książka „Ludobójcy i ludzie” nie ma zdaje się podobnej sobie w
polskiej literaturze tematu. Karłowicz jeździł też często na Wołyń po
to, by owe zarosłe chwastami mogiły uwieczniać choćby niewielkim
krzyżem. Na Mszach Świętych sprawowanych nad tymi mogiłami dochodziło
do autentycznego pojednania, kiedy Ukraińcy (być może nawet dzieci
tych, którzy brali udział w zbrodniach) ze łzami w oczach przekazywali
sobie znak pokoju z Polakami. Niestety mało się o tym pisze, a szkoda,
bo w moim odczuciu jest to autentyczne pojednanie.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Dość mówienia o liberalizmie i jego pochodnych
tam, gdzie pierwotną potrzebą jest wzmocnienie czynników
państwotwórczych. Nie w duchu nacjonalizmu, lecz w znacznie szerszej
perspektywie, zakładającej współbrzmienie wielu idei; oto prawdziwe
wyzwanie dla kraju modernizującego się: edukacja w horyzoncie
znajomości, szacunku i rozwijania tradycji społecznikowskich,
kulturalnych, politycznych. Plag społecznych, utrudniających rozwój
państwa, nie zwalczy się moralizatorstwem lub milczącym założeniem, że
wystarczy polska religijność i regularne pielgrzymki papieży. I choć to
rodzina jest fundamentem wychowywania człowieka, jednak państwo –
wspólnota wspólnot – powinno dla własnego dobra zadbać, by działające w
jego ramach instytucje moderowały i doskonaliły przestrzeń publiczną,
nie ograniczając przy tym swobód gwarantowanych w konstytucji. Państwo
i „społeczeństwo obywatelskie” nie są bytami przeciwstawnymi, lecz
aspektami jednej, fundamentalnej dla człowieka rzeczywistości. Kłopot w
tym, że podawana ogółowi do wierzenia, spłaszczona wersja liberalnej
koncepcji wolności, której sprzyja i którą wzmacnia rozbicie więzi
międzyludzkich, prowadzi do apoteozy postaw indywidualistycznych,
rozmycia poczucia odpowiedzialności za państwo, a w efekcie utożsamia
swobody jednostki z bezhołowiem, patogenną formą niszczenia ładu i
wzajemnego zaufania społecznego, które są niezbędne dla poprawnego
funkcjonowania ustroju państwa.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Populizm to dążenie do poprawy położenia
ekonomicznego raczej szerokich warstw ludności danej nacji, niż jej
wąskiej, finansowej elity. Lud, w tym zakresie, w jakim domaga się
gwarancji bezpieczeństwa ekonomicznego, jest – czy chce tego, czy nie
chce, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie zdaje – duchową
arystokracją, spadkobiercą etosu arystokratycznego. Kwestionuje
dorobkiewiczowską zasadę, zgodnie z którą rynek jest ostateczną
wyrocznią w zakresie dystrybucji zasobów. Z tego powodu lud, a
zwłaszcza jego najbardziej roszczeniowo nastawionych przedstawicieli,
można określić mianem „arystokratycznej podklasy”.
Obywatel nr 4/2006 (30)
SZTUKA ZATROSKANA (rzecz o Jurku Starzyńskim i jego żonie, Basi)
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Jak sam podkreśla – nigdy nie próbował nawet
pracować jako romanista. Przez dwa sezony (1982-83), nim otrzymał etat
szkolnego bibliotekarza, pozował jako „zawodowy” model we wrocławskiej
WSSP. Potem dom kultury i Galeria „Entropia”, gdzie mógł wykorzystać
nawiązane na plastycznej uczelni kontakty z miejscowym środowiskiem
twórczym. Od lat poświęca się kolejnej pracy (a jednocześnie pasji) –
terapii zajęciowej z dziećmi niepełnosprawnymi. Terapia sztuką nawet w
Polsce nowością nie jest, często jednak zajęcia prowadzą ludzie do nich
nieprzygotowani – odlegli tak od pacjentów i ich losu, jak i od
wszelkiej twórczości. Tuż przed wybuchem stanu wojennego wymyśliliśmy w
Polskim Towarzystwie Higieny Psychicznej „Program »Dirty Dust«”, który
zakładał, iż zajęcia z chorymi przeprowadzać będą artyści z danych
dziedzin. Nigdy tak się nie stało, może i lepiej, ale w przypadku
Starzyńskiego właściwy człowiek trafił tam, gdzie powinien.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Klasztor bez kucharza
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Tymczasem Bóg, czy jak kto woli, miłość, sens,
spełnienie lub cokolwiek innego, nie kryją się ani w klasztornej
ucieczce do samotności, ani po drugiej stronie ekranu, ani pod
uwodzicielskim pięknem zapachów czy obrazów, ani za efektownym cudem.
Jest tuż obok, w codziennej rzeczywistości, w człowieku i jego
niewymuszonym działaniu. Nie da się go odszukać na siłę, a najbliżej
znajduje się ten, kto pozostaje sobą i nie liczy na cud, magiczne
sztuczki, ani podpowiedź „z góry”, lecz zajmuje się, mówiąc
najprościej, życiem, takim, jakie jest mu dane. Święty rzeczywiście się
odnajduje, ale okazuje się nim dobrotliwy, kochający wszelkie
stworzenia Zdrówko, w którym mała Gienia wywołuje naprawdę czyste,
szczere uczucie, wyciągając go z klasztornej monotonii i przywracając
prawdziwemu życiu. Tej miłości nie wywołało pachnidło. W racjonalnym
świecie XXI wieku nie ma miejsca na cud ani na sentymenty. W ramach
ogólnoświatowego przyspieszenia człowiek chce coraz szybciej realizować
swe potrzeby. Dostarczanie szczęścia stało się usługą. Jesteśmy zewsząd
otoczeni propozycjami ulepszenia i upiększenia naszego życia, zakładamy
„amwayowskie” zeszyty szczęścia, aby łatwiej było nam zaplanować drogę
do Sensu istnienia. Szukamy go z pomocą masowych instytucji.
Przyzwyczajeni raczej do brania niż dawania, zewsząd oczekujemy
podpowiedzi, a najlepiej gotowej recepty. Pogrążamy się w świecie
duchów, baudrillardowskich symulakrów, w których powierzchowności gubi
się nasza wrażliwość. Współczesnego człowieka stać jedynie na
oczarowanie, efekt działania kolejnej, masowej, magicznej mikstury,
oferującej hipnozę i zapomnienie. Poświęcenie jako produkt niezyskowny
nie jest w modzie, podobnie jak powolna kontemplacja. Już samo słowo
„powolna” brzmi dzisiaj jak wyrok śmierci. Szczęście trzeba dziś
osiągnąć szybko albo wcale. W takim kontekście pozornie „trącące
myszką” przesłanie filmu Kolskiego okazuje się na tyle trafne, że łatwo
godzimy się z jego ukrytym moralizatorstwem, a swoista naiwność staje
się cnotą, którą trudno przecenić. Miłość to coś więcej niż pragnienie
miłości, więcej niż piękno, modlitwa czy umartwianie się. Droga na
skróty jest prosta, podobnie jak ucieczka. Ale to nie wszechobecne,
tanie błyskotki świadczą o wartości człowieka.
Obywatel nr 4/2006 (30)
W poszukiwaniu samego siebie, przeszłości, świata...
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Obok inspiracji dokonaniami przedstawicieli
awangardy II połowy XX w., Leafcutter John przyznaje się, i słychać to
w jego twórczości, do fascynacji muzyką folkową. Trudno się temu
dziwić. Jest coś niezwykle ujmującego w prostocie akustycznej gitary i
przepełnionego smutkiem śpiewu. Wracając na chwilę do Cortázara, można
za nim powiedzieć, że ekscentryczność ma swój, paradoksalnie, ludyczny
charakter. „Nie odrywa od tych, z których obłym wszechświatem stykamy
się tylko w jednym punkcie”. Nie dzieli, lecz łączy. Istotą folku jest
opowiadanie historii. I The Forest and the Sea opowiada historię
“dwojga ludzi – czytamy na płycie – którzy zgubili się w lesie. Podczas
próby odnalezienia drogi, niebo zaczęło się ściemniać. Przed zmierzchem
pobłądzili już tak bardzo, że nie mieli innego wyboru niż spędzić noc w
lesie z jego mieszkańcami. Kiedy wreszcie nadszedł poranek, nasza para
obudziła na urwisku skalnym pomiędzy lasem a morzem i miast przeprawić
się z powrotem przez las postanowiła udać się nad morze”.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Jussi Niilekselä & Mihkel Ulman - w Estonii kobiety są jeszcze kobietami
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Merle nie daje się wziąć, nie można jej wziąć,
ona nie jest na sprzedaż. Chce żyć dla siebie, chce być szczęśliwa.
Toomas istnieje dla misji, a Pepe pragnie kobiety, na którą mógłby
patrzeć jak robi mu kolację, gdy on pije piwo, a dzieci bawią się na
podłodze. Każdy z bohaterów tragikomedii fińsko-estońskiej może
powiedzieć: „Nie, nie rozumiesz!”. I w tym widzę jej wartość, w
pokazaniu, że świat mieni się barwami, jest różny, a przez to piękny.
Merle, Toomas i Pepe, każde inaczej, poszukują swego miejsca na ziemi.
Tym lepiej, że przy okazji możemy się pośmiać.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Ironezje
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Racja! A gdzież ubikacja?
Pytanie – banalne – niestety.
Jest tam – gdzie redakcja –
– ogólnie znanej „Gazety”.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Bessa~Lala [wyjątki]
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
W takich chwilach jak onegdaj Berti patrzył w
niebo pełne gasnących w międzygwiezdnej przestrzeni błękitów i myślał,
że całe życie jest przed nim... A teraz nie było już miejsc
sprawujących nad Hubertem czar. Miasto było rachityczne, biedne, całe
jego kwartały przypominały prowizoryczną scenografię niskobudżetowego
filmu: terraria, rusztowania, pawilony, namioty i sterylne szklane
biurowce. Inne budowle kruszały niczym jego własny duch sterany
zawodami. Szary miejski krajobraz, wszechobecna brzydota. Ludzie...
ludziki, banda pazernych i małodusznych statystów. Czasem Berti
wychodził z jakiejś knajpy, żeby przyłożyć do czoła kamień i poczuć coś
realnego, autentycznego, twardego i trwałego. Nic mu się prawie nie
zgadzało: wstawał i słyszał w radiu z ust meteorologa o dźwięcznym
nazwisku Fiut-Spiekota, że na dworze panuje syberyjski mróz, ale
wychodził na powietrze i nie czuł chłodu, tylko coś w rodzaju ciepłej
bryzy, było wietrznie; przy jakiejś okazji kursująca pomiędzy Stanami a
Polską Marlena Jarzębiuk powiedziała mu nawet, że polska zima
przypomina jej czas amerykańskiej wichury nazywanej przez Indian
“cheenuk”.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Encyklopedia Wyrażeń Makabrycznych
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Dlaczego do tych wszystkich genialnych pomysłów
używa się pojęcia „rewolucji”? Otóż dlatego, że w głowach prywatnej
ludności nie wiedzieć czemu pokutują jakieś nieskoordynowane i
niesprecyzowane pozytywne skojarzenia, związane z dźwiękiem tego słowa,
choć wiadomo, że rewolucja oznacza tylko krwawą jatkę i nic więcej.
Niestety – człowiek nie jest istotą racjonalną, albo wciąż śni mu się,
że ktoś lub coś wyrwie go ze stanu niewolnictwa. Rewolucja wymaga
odwagi – to jasne. Czytamy więc wciąż, że makabryczne zamiary sadystów
rządowych odznaczają się właśnie wielką odwagą. Piosenkarz Grześkowiak
śpiewał kiedyś: „Powiadają w okolicy, mocne chłopy to nie słabe. Taki
to bez rękawicy jedną ręką zgniecie żabę”. No comment.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Kronika Kontrasa
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Hałas także uważany jest za coś bardzo
postępowego. Sąsiad pytany, czy nie przeszkadzają mu puszczone non stop
za ścianą monotonnie wykrzykiwane przekleństwa, odpowiedział, że czasem
tak, ale wtedy puszcza głośniej własny telewizor. Z kolei mieszkańcy
pewnej podtatrzańskiej miejscowości ujawnili głębszy sens tego
zjawiska. Otóż, jak stwierdzili, „na turystach, którzy szukają ciszy
nie ma zarobku”. W związku z tym w Polsce niedługo nie będzie już
miejsc, gdzie można spokojnie pójść na spacer czy wycieczkę, bo
wszędzie będą jeździć motory, quady i motolotnie, no bo ludzie są coraz
bogatsi, a jak sobie te coraz wspanialsze maszyny kupują, „to przecież
muszą gdzieś jeździć lub latać”. Ja jako człowiek ubogi chyba
poprzestanę na zakupie stalowej linki i wiedziony niechęcią, by się
cokolwiek marnowało, będę rozpinał ją w poprzek tych tras, na wysokości
szyi.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Spór pomiędzy monetaryzmem i keynesizmem jest
odblaskiem odwiecznego sporu pomiędzy duchem i materią. Teorie
monetarystyczne reprezentują nurt materialistyczny i harmonizują z
ogólnym trendem czasów, w których obserwujemy odejście od duchowych
wartości. Postrzegają dobrobyt społeczny jako miarę intensywności
krążenia pieniądza i są w dużym stopniu wyalienowane z procesów życia.
Ich wizje i wnioski dotyczą głownie wirtualnych relacji pomiędzy
abstrakcyjnymi wskaźnikami, ignorują zaś relacje, w których uczestniczą
realne podmioty. Są one wyznawane przez środowiska, którym upływ czasu
pomnaża pieniądze złożone w bankach. Monetaryści uważają, że zwiększona
podaż pieniądza skutkuje zawsze wzrostem inflacji, gdyż opierają się na
pesymistycznej ocenie natury ludzkiej. Uważają, że w społeczeństwie
przeważają motywacje egoistyczne (co zresztą nie dziwi, gdyż sami takie
postawy generują). Stojąc na straży wartości pieniądza, nie wahają się
utrwalać społecznego ubóstwa. Muszą to robić, ponieważ wartość
pieniądza zależy od jego niskiej podaży w stosunku do popytu. Niska
podaż pieniądza stanowi też motywację do zwiększonego wysiłku.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Pieniądze i wolność
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Władza i pieniądze tworzą od momentu powstania
ich związku syndrom ekspansjonistyczny. Pieniądze posiadają funkcję, z
której nie można ich wyleczyć, chyba że człowiek wyleczyłby się sam w
tym zakresie poprzez prawdziwą kurację odwykową, psychoterapię w
najlepszym stylu, albo jeszcze lepiej poprzez religijną pokutę, za
pomocą której mógłby powściągnąć swoje uzależnienia i chciwość,
oczywiście nie tylko w sferze psychiki, ale także na płaszczyźnie
instytucjonalnej. Człowiek zawsze tworzył i musiał tworzyć instytucje,
by wesprzeć kultywowanie podstawowych zasad. Oczywiste jest też, że
pieniądze pozbawione kontroli działałyby bardziej destabilizująco, a
dokładniej: wzmacniały szaleństwo i uzależnienia. Jest to abstrakcyjna
krew demona, który w sensie psychicznym, realnie opętał nas i pozwala –
oraz zmusza – do kierowania instrumentami mordu i samobójstwa. Tak więc
teorie reformy pieniądza to kompletne nieporozumienie w obliczu sedna
problemu, którego nie można nawet dotknąć reformami o czysto
technicznym wymiarze.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Sprzeciw wobec hipernowoczesności
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
ENR proponuje wieloaspektową krytykę
współczesnego świata, która z pewnością zawiera kilka konstatacji
atrakcyjnych dla różnorakich przeciwników hipernowoczesności. Jednakże
książce można zarzucić, że pomniejsza atrakcyjność myśli ENR w oczach
osób bardziej wyważonych i zorientowanych nieco „w lewo”, kreśląc wizję
porozumienia i współpracy ENR z partyjno-politycznymi emanacjami
skrajnej prawicy. Tymczasem dzisiaj ważniejsze niż symboliczna
orientacja polityczna, są prawdopodobnie dwie inne kwestie – postawa
wobec tożsamości narodowej (jej afirmacja lub odrzucenie) oraz stosunek
do kultury konsumpcyjnej i współczesnego modelu kapitalizmu. Bez
wątpienia na nominalnej lewicy można znaleźć osoby nastawione bardziej
patriotycznie oraz krytycznie wobec konsumeryzmu niż niektórzy
utożsamiający się z symboliczną prawicą. Reprezentanci dzisiejszej
prawicy są przyjaźniej nastawieni wobec tożsamości narodowej, ale z
pogardą traktują wszystko, co związane jest z ekologią czy krytyką
kapitalizmu.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Cudowna utopia
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Nie da się ukryć – sam Autor zresztą też to
zaznacza – że idea Rzeczypospolitej Czterech Narodów bliska jest
koncepcji państw federacyjnych, stanowiących „bufor” oddzielający
międzywojenną Rzeczypospolitą od Rosji Sowieckiej. Autorem tej
koncepcji był Józef Piłsudski. Jednak należy zauważyć, że w zupełnie
innych warunkach geopolitycznych, społecznych i ekonomicznych rodziła
się ówczesna koncepcja, a inaczej jest dziś. Od czasów i pomysłów
Piłsudskiego dzieli nas wiele bratniej krwi oraz kilkadziesiąt lat
„prania umysłów” przez „bratni” sowiecki naród. Dziś mamy dyktaturę na
Białorusi, która jak widać, całkiem dzielnie się trzyma, przecież nie
sama z siebie. Na Ukrainie zaś również sytuacja jest niepewna i bardzo
zróżnicowana (mówi się nawet o sojuszu niedawnych wrogów – Juszczenki i
Janukowycza). Poza tym, na wschodniej Ukrainie wciąż żywy jest
sentyment do Rosji i słaba wydaje się tam pamięć historycznych krzywd,
np. wielkiego głodu, który jak się szacuje pochłonął nawet 3,5 mln
ludzi. Litwini z „problemem polskim” zaczynają zdaje się powoli sobie
radzić, ale nie wiadomo, czy to zasługa ich narodowego rozsądku i
dojrzałości, czy tego, że jesteśmy razem w UE, zatem nie wypada się na
siebie boczyć. Poza tym powstaje pytanie, komu z „wielkich tego świata”
mogłoby zależeć na Rzeczypospolitej Czterech Narodów, czyli bardzo
silnym „państwie” w centrum Europy. Chyba jedynie USA, bo inne potęgi,
np. Rosja i Niemcy, doskonale radzą sobie bez nas (vide rurociąg po
dnie Bałtyku). I naiwnością byłoby sądzić, że będą stać z założonymi
rękami.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Paweł próbował zintegrować środowisko jakąś
wspólną akcją. Dla córeczki chciał zbudować ogródek jordanowski, ale
sąsiedzi odmówili mu pomocy. Na hałdach przemysłowych odpadów chciałby
posadzić drzewa, których bardzo brakuje w okolicy, ale nie wie, jakie.
Ochrona środowiska w Polsce zintegrowanej z Unią Europejską jest sprawą
priorytetową, lecz nie wiadomo, kogo zapytać o rekultywację hałd.
Należałoby powołać organizację pozarządową, zainteresować sponsorów i
zgromadzić fundusze na naukowe zbadanie problemu. Aktywiści z górnej
półki działalności społecznej rozwiązują ważkie problemy, a amatorzy
nie wiedzą, jakie drzewka posadzić.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Niedługo pojutrze!
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Za nasze poglądy nie dają nagród – przeczytałam
nagle na okładce „Obywatela”, chociaż zawsze było napisane właśnie to,
nic innego. Ale właściwie dlaczego mają nie dawać? Że na razie te
obywatelowe poglądy niekoniecznie pasują do głównonurtowego obrazka?
Przecież właśnie przepływ miedzy alternatywnym i głównym nurtem pozwala
na rozwój. To, co się wydaje nie do zmiany, zmienia się w końcu właśnie
dlatego, że jacyś dziwni ludzie mieli inne poglądy. Za które na razie
może i nie dają nagród – ale w końcu dadzą. Na okładkę poproszę więc
zdanie: Za nasze poglądy nagrody najpóźniej pojutrze!
Obywatel nr 4/2006 (30)
Nekrolog dla „partii protestu”
Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela
Obecną koalicję rządzącą można określić jako
interesowne małżeństwo drugiego rzutu dotychczasowego establishmentu z
grupą walczącą forsownie, żeby do niego awansować. W tym kontrakcie
każda strona otrzymała walory, na których jej najbardziej zależało.
Wczorajsi pariasi życia politycznego są mile widziani w urzędach,
gabinetach, departamentach i radach nadzorczych. Natomiast wieczni
rezerwowi elity władzy Rzeczypospolitej, odpychając renomowanych
rywali, zamienili się w jej drużynę reprezentacyjną. Gdy jedni tak
wiele zyskali, ktoś inny musiał stracić. Wyblakły nadzieje na
przewietrzenie Warszawy, nie mówiąc już o zasadniczym przesunięciu
kursu nawy państwowej, którego miałaby dokonać nowa, wstępująca siła.
Zawód ten nie oznacza zaskoczenia. Uprawianie polityki jest w Polsce
stosunkowo najdogodniejszym narzędziem awansu na oligarchiczne szczyty
społeczne. Aby jednak do niego się zabrać, trzeba już mieć pewne
zakorzenienie w finansowej i medialnej oligarchii. O ile bowiem na
polityce zarabia się pieniądze, to bez nich do niej ani przystąp. Z
winy tego błędnego koła, protest wygasa, zanim na serio się zaczął.
Obywatel nr 4/2006 (30)
Czytaj, myśl, działaj!
Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!
Obywatel nr 4/2006 (30)