Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Społeczeństwo narcystyczne ikona czytaj wiecej

Z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Piotr Bielski i Radosław Kowalczyk | wywiad

Systemowy nacisk na konsumpcję i rywalizację sprawił, że bardzo wielu ludzi wprzęgło się w ten system – bardzo ostro rywalizują, pracują, chcą zapewnić najlepszy byt rodzinie, przyszłość dzieciom itd. U wielu osób przeradza się to z czasem w rodzaj uzależnienia, w którym trudno powiedzieć: „dość”, „wystarczy”. Wiele w tym systemie nakłania do „jeszcze więcej”, „jeszcze to”, „jeszcze tamto”. Bez przerwy sączy się to z reklam, stało się wręcz składnikiem powietrza, którym oddychamy. Dlatego tak wielu ludzi nie potrafi się temu oprzeć. Uzależniają się szczególnie ci, których dziecięce narcystyczne potrzeby zostały silnie sfrustrowane. Wtedy chwiejne poczucie wartości własnej usiłujemy reperować nabywaniem zewnętrznych atrybutów wartości i znaczenia. Narcystyczne społeczeństwo to jak się zdaje, niebezpieczne cywilizacyjne zjawisko, które się samo nakręca. Nie jest o­no skutkiem jakiegoś makiawelistycznego spisku korporacji. To psychologiczny koszt wynikający ze struktury liberalnego, rynkowego systemu.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Powrót Juranda ikona czytaj wiecej

Szymon Surmacz | reportaż

Odkąd “Przyjazne Spychowo” zaczęło odnotowywać pierwsze sukcesy, wyprostowały się dla nich wszystkie – zazwyczaj pokrętne – ścieżki urzędów. Chwalą sobie współpracę z gminą i ze starostwem powiatowym. Andrzej Samek mówi: „Jak my swój prywatny czas tracimy, to o­ni czują, że muszą nas jakoś dopingować do tej pracy. Nasz amfiteatr jest jedyny w powiecie. Starosta lubi się nim pochwalić. Dogryza burmistrzowi w Szczytnie – małe Spychowo postawiło sobie amfiteatr, a ty co masz?”. Utworzył się układ, który teoretycznie powinien funkcjonować wszędzie, lecz niestety w praktyce jest rzadkością. Sektor pozarządowy uzupełnia się z samorządowym i centralnym – państwowym. Poszczególne działania wspierane są przez lokalny biznes. Zamiast sporów jest porozumienie oraz podział zadań i odpowiedzialności. Stowarzyszenie inicjuje działania, które realizowane są we współpracy z samorządem, patrol współpracuje z policją. Jeśli brakuje środków na konkretne przedsięwzięcia, to dziury łata się pracą społeczną i pomysłowością. Dobrym przykładem jest akcja stawiania koszy na śmieci. Powstały o­ne ze zużytych butli na gaz, które dostarczyła rozlewnia Shell-Gas. Butle zostały obcięte, przyspawane do stojaków i pomalowane przez członków stowarzyszenia. Dziś prezentują się niezwykle gustownie. Kosztowały kilka puszek farby i kilkanaście godzin nieobejrzanych seriali w telewizji...

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Ile to kosztuje? Na ochronę zdrowia wydajemy około 7 % PKB a nie 3,8 % PKB!

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Adam Sandauer

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), całość wydatków na ochronę zdrowia w Polsce wynosiła 6,5% PKB w 2003 r. Ze środków publicznych i prywatnych w Luksemburgu wydaje się 6,8% PKB, Czesi wydają 7,5% PKB, Słowacy 5,9% PKB. Całość wydatków w Polsce jest podobna. Nasze wydatki nie są duże, ale znacznie większe niż 3,8% PKB, którą to liczbę wmawia się społeczeństwu (wydatki pochodzące ze środków publicznych).

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Sposób na godne życie ikona czytaj wiecej

Konrad Malec

Święto Śliwki – bo tak nazywa się ta impreza – odbywa się na przełomie września i października. Po raz pierwszy zorganizowano je w 2000 r. w Strzelcach Dolnych, gdzie tradycja wyrobu powideł była najlepiej zachowana. Mieszkańcy wspólnie usmażyli kilka tysięcy słoików powideł, które natychmiast sprzedano. Od tamtej pory święto odbywa się co roku, przyciągając tłumy „turystów kulinarnych” i integrując lokalną społeczność we wspólnej pracy. Dla mieszkańców Strzelec jest to także okazja do podreperowania swojego budżetu. Pomysł sprawdził się w takim stopniu, że mieszkańcy jedenastu innych miejscowości również zaczęli wyrabiać i sprzedawać swoje powidła. Anna Iwanowska, szefowa Koła Gospodyń Wiejskich w Strzelcach Dolnych, mówi: „Tylko z mojego gospodarstwa przygotowaliśmy 4 tys. słoików i wszystko sprzedaliśmy jesienią”. Jej mąż, pan Jan, dodaje: „Jedyną reklamą było dla nas Święto Śliwki i tablica informacyjna przy wjeździe do gospodarstwa”. W celu popularyzacji tradycyjnego smakołyku TPDW utworzyło specjalną stronę internetową (www.powidla.pl). Ale nie chodzi tu o nachalny marketing. – „Nie chcemy naszych powideł sprzedawać w Polskę czy świat. Chcemy, by ludzie do nas przyjechali i ich skosztowali. Przy okazji mogliby poznać naszą krainę, spróbować innych lokalnych produktów, np. naszych miodów. Dlatego negatywnie odpowiadamy zainteresowanym warszawskim sklepom ze zdrową żywnością” – tak Robert Gonia tłumaczy oryginalną „filozofię produkcji lokalnej”.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Kto winny? – czyli lustracja procesu prywatyzacji ikona czytaj wiecej

Wojciech K. Kulczyk

Tym, co różniło działania w Polsce i RFN, był dobór zagranicznych inwestorów. Niemcy dopuścili do inwestowania tylko duże i znane firmy, takie jak: Coca-Cola, Elf Aquitaine czy Asea Brown Boveri. Musieli również wynegocjować dobre ceny sprzedaży, ponieważ zagraniczni inwestorzy kupili tylko 8% firm, ale ich wkład przekroczył 20% wszystkich inwestycji we wschodnich Niemczech. Niemcy bardzo niechętnie sprzedawali firmy zagranicznym inwestorom. Pamiętam, jak gazety angielskie narzekały, że utrudniali firmom angielskim inwestowanie w Niemczech. Chodziło o to, że nie chcieli, aby zagraniczne firmy za „psie pieniądze” przejęły walory niemieckie i usadowiły się na ich rynku. Woleli oddać za darmo te walory niemieckim menedżerom lub firmom zachodnioniemieckim.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Tania namiastka żywności ikona czytaj wiecej

Z Markiem Krydą rozmawia Michał Sobczyk | wywiad

Jakie są przestrogi płynące z innych krajów?
M. K.: Najbardziej wymowny jest przykład Stanów Zjednoczonych. Każda nowa ferma przemysłowa w USA powoduje bankructwo dziesięciu rodzinnych gospodarstw hodowlanych, zastępując wyspecjalizowane stanowiska pracy rolników kilkoma miejscami pracy należącymi do najbardziej niebezpiecznych i najgorzej opłacanych.
Typowa jest tu sytuacja Północnej Karoliny, stanu drugiego pod względem wielkości produkcji świń w USA. Dwadzieścia lat temu było tam 27 tys. rodzinnych gospodarstw hodujących trzodę. Obecnie nie pozostał już prawie nikt – zostali o­ni zastąpieni przez 2200 gigantów hodowlanych, z których 1600 jest w posiadaniu jednej korporacji ponadnarodowej: Smithfield Foods. W jej władaniu jest 75% całej produkcji trzody chlewnej w tym stanie. Skutkiem powstawania chlewni przemysłowych w stanie Iowa jest upadek 45 tys. niezależnych hodowców w ostatnich latach. Spośród pozostałych 10 tysięcy, aż połowa jest kontrolowana przez Smithfielda i kilka innych wielkich korporacji. W tym miejscu wypada przypomnieć, że szef Smithfielda, Joe Luter, zapowiedział dziennikowi „Washington Post”, że zmieni Polskę w „stan Iowa Europy” – wielkie świńskie zagłębie Starego Kontynentu.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Polska świńskim eldorado? ikona czytaj wiecej

Aleksandra Antonowicz

O sile lobby przemysłowych ferm może świadczyć jeszcze jeden fakt. Pojemności zbiorników (lagun) na odchody często nie odpowiadają ilości gnojowicy faktycznie produkowanej na danej fermie. Efektem jest rozlewanie gnojowicy na okoliczne pola, co jest zgodne z prawem, lecz musi być przeprowadzane w określonych porach i warunkach. Nieprzepisowe wylewanie gnojowicy na pola jest jednym z głównych powodów uciążliwych odorów, na które najczęściej skarżą się ludzie mieszkający w sąsiedztwie ferm. Odory to także rezultat niezamykania lagun (zamknięcie lagun jest obowiązkowe od 1 maja 2005 r., co ustanowiła nowelizacja Ustawy o nawozach i nawożeniu). Niestety instytucje odpowiedzialne za kontrolowanie wpływu przemysłowych ferm na środowisko nie tylko mało skutecznie egzekwują obowiązujące prawo, ale również nie podejmują innych działań mających na celu wyeliminowanie luk w przepisach. Do takich z całą pewnością należy brak Rozporządzenia Ministra Środowiska w kwestii ustalenia dopuszczalnego poziomu substancji zapachowych w powietrzu, choć jeszcze do niedawna wskazywał taką możliwość art. 86, ust. 3 Prawa ochrony środowiska. Przepis ten został jednak uchylony za sprawą ostatniej poprawki, co w rzeczywistości nie tylko pozbawiło zdesperowane społeczności lokalne jakiejkolwiek szansy na ograniczenie uciążliwych i szkodliwych odorów pochodzących z przemysłowych ferm, lecz także zniweczyło ponad dwuletnią pracę Ministerstwa Środowiska, które przygotowywało projekt takiego rozporządzenia. Komu zależało, żeby nie było tego rozporządzenia?

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Rewolucja żywieniowa: Amerykanom przechodzi ochota na anonimowe produkty spożywcze ikona czytaj wiecej

Brian Halweil

Robienie zakupów w supermarkecie jest dziecinnie proste. Wystarczy przejść przez szklane drzwi, by w mgnieniu oka znaleźć się w otoczeniu regałów i chłodni wypełnionych po brzegi produktami w kolorowych, przyciągających wzrok opakowaniach oraz gotowymi posiłkami, które wymagają jedynie podgrzania w mikrofalówce. Trudno jednak znaleźć informacje, gdzie i w jaki sposób żywność sprzedawana w supermarketach została wyprodukowana. Średnia odległość, jaką przebywa produkt od swego wytwórcy do sklepu, wynosi w Stanach Zjednoczonych prawie trzy tysiące kilometrów – to więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Oczywiste jest, że wraz ze wzrostem tej odległości maleje nasza wiedza o tym, z jakich upraw i hodowli pochodzą leżące na półkach warzywa, nabiał i mięso. Nikt też nie napisze na opakowaniach, że krewetki zawierają rtęć czy inne metale ciężkie, że truskawki zostały spryskane środkami chemicznymi zakazanymi w większości krajów świata, albo że mleko, które nasze dzieci piją na śniadanie zawiera substancje hormonalne, podawane krowom w celu poprawienia ich mleczności. Wreszcie, znikąd się nie dowiemy, w jakich warunkach pracują ludzie zatrudnieni w firmach związanych z produkcją, transportem i sprzedażą żywności kupowanej w supermarkecie.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Elity „Solidarności” ikona czytaj wiecej

Andrzej Gwiazda

Wróćmy do „Solidarności”. Gdzież w „Solidarności” szukać elit? W organizacji, która była otwarta, która oklaskami witała dyrektora, gdy przyszedł wpisać się na tasiemcową listę członków, przypiętą do deklaracji. „Solidarność” cieszyła się z każdego partyjnego, który się do Związku zapisywał, wszystkich obdarzała pełnym zaufaniem i wiarą w dobre intencje, więc i tajnych współpracowników i etatowych pracowników bezpieki przyjmowała z radością. Na wszelkie ewentualne obiekcje słyszałem odpowiedź: „Słuchaj, jak o­ni zobaczą jaka jest »Solidarność«, to się nawrócą”. Ta inkluzywność, chęć podzielenia się dobrą nowiną wchłania wszystkich w przekonaniu, że jak zobaczą „jacy to my jesteśmy fajni”, to też ich sumienie ruszy i rzeczywiście szczerze się do nas przyłączą. Ale można też powiedzieć, że pierwszymi elitami były niewątpliwie komitety strajkowe. Powstawały nowe elity, wybierane przez załogi, jak najbardziej pozytywne – tych ludzi wysuwano do przodu: „Wy będziecie nas reprezentować”. Następnie w regionach powstawało piętro MKZ-ów (Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich), tworzone przez reprezentantów zakładów, a od 17 września 1980 r. delegaci regionów stanowili Krajową Komisję Porozumiewawczą. Można powiedzieć, że KKP była krajową elitą Związku.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

„Kto chce zdobyć ludzi, musi w zastaw dać własne serce” — niemieckie tradycje katolicyzmu społecznego

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Rafał Łętocha

W swoim programowym dziele Kolping, pisząc o życiu czeladników, wyraził opinię, że do ludzi, którymi się nikt nie opiekuje należy wyciągnąć pomocną dłoń. Podobnie jak Frederic Ozanam, uznał, iż analogicznie jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa misjonarze udawali się do „ludów barbarzyńskich”, tak teraz obowiązkiem duchownych jest wyjść z zakrystii i pójść do „barbarzyńców” nowych czasów, czyli robotników. Trzeba jednak powiedzieć, iż stowarzyszenia Kolpinga zdecydowanie różniły się od Konferencji św. Wincentego a Paulo, których inicjatorem był we Francji Ozanam. Nie miały być o­ne bowiem organizacjami charytatywnymi sensu stricto, ale zadaniem ich było wychowywanie i formowanie robotników, uczenie ich odpowiedzialności poprzez odejście od metod paternalistycznych. Zadecydowały o tym z pewnością osobiste doświadczenia ich twórcy, który przecież sam był przez dziesięć lat rzemieślnikiem i w związku z tym wiedział, jak to ujął, „gdzie uciska but”. Na łamach wydawanego przez francuskich społeczników pisma „Jeune Ouvriere” (Młody Robotnik), J. N. Cornet pisał: „Pan Kolping nie należy do tych mizantropów reformatorów, którzy umieją tylko komentować przeszłość i drżeć przed przyszłością. Sam jako były robotnik poznał do głębi serce ludu i odkrył w nim ukrytą i czułą strunę, którą postanowił na nowo wprawić w drganie na chwałę Bożą"..

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Między sąsiadami ikona czytaj wiecej

Krzysztof Wojciechowski

Wielokrotnie przywołuję tutaj słowa nieżyjącego już Wołyniaka Leona Karłowicza, bo dla mnie jest o­n przykładem autentycznego pojednania polsko-ukraińskiego. Człowiek ten urodził się i mieszkał na Wołyniu w latach największych rzezi, walczył w 27 WDP AK. Po wojnie zamieszkał pod Lublinem. Pisał książki, dokumentował te tragiczne czasy, ale czynił to bez nienawiści, starając się zrozumieć trudne ludzkie wybory czasu wojny. Opisywał o­n nie tylko rzezie, ale też i liczne przypadki ratowania, ostrzegania Polaków przez Ukraińców. Jego książka „Ludobójcy i ludzie” nie ma zdaje się podobnej sobie w polskiej literaturze tematu. Karłowicz jeździł też często na Wołyń po to, by owe zarosłe chwastami mogiły uwieczniać choćby niewielkim krzyżem. Na Mszach Świętych sprawowanych nad tymi mogiłami dochodziło do autentycznego pojednania, kiedy Ukraińcy (być może nawet dzieci tych, którzy brali udział w zbrodniach) ze łzami w oczach przekazywali sobie znak pokoju z Polakami. Niestety mało się o tym pisze, a szkoda, bo w moim odczuciu jest to autentyczne pojednanie.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Społeczności zamknięte i ich wrogowie: projekt polityki dla lewicowej inteligencji ikona czytaj wiecej

Krzysztof Wołodźko

Dość mówienia o liberalizmie i jego pochodnych tam, gdzie pierwotną potrzebą jest wzmocnienie czynników państwotwórczych. Nie w duchu nacjonalizmu, lecz w znacznie szerszej perspektywie, zakładającej współbrzmienie wielu idei; oto prawdziwe wyzwanie dla kraju modernizującego się: edukacja w horyzoncie znajomości, szacunku i rozwijania tradycji społecznikowskich, kulturalnych, politycznych. Plag społecznych, utrudniających rozwój państwa, nie zwalczy się moralizatorstwem lub milczącym założeniem, że wystarczy polska religijność i regularne pielgrzymki papieży. I choć to rodzina jest fundamentem wychowywania człowieka, jednak państwo – wspólnota wspólnot – powinno dla własnego dobra zadbać, by działające w jego ramach instytucje moderowały i doskonaliły przestrzeń publiczną, nie ograniczając przy tym swobód gwarantowanych w konstytucji. Państwo i „społeczeństwo obywatelskie” nie są bytami przeciwstawnymi, lecz aspektami jednej, fundamentalnej dla człowieka rzeczywistości. Kłopot w tym, że podawana ogółowi do wierzenia, spłaszczona wersja liberalnej koncepcji wolności, której sprzyja i którą wzmacnia rozbicie więzi międzyludzkich, prowadzi do apoteozy postaw indywidualistycznych, rozmycia poczucia odpowiedzialności za państwo, a w efekcie utożsamia swobody jednostki z bezhołowiem, patogenną formą niszczenia ładu i wzajemnego zaufania społecznego, które są niezbędne dla poprawnego funkcjonowania ustroju państwa.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Arystokratyczna podklasa ikona czytaj wiecej

Jacek Kardaszewski

Populizm to dążenie do poprawy położenia ekonomicznego raczej szerokich warstw ludności danej nacji, niż jej wąskiej, finansowej elity. Lud, w tym zakresie, w jakim domaga się gwarancji bezpieczeństwa ekonomicznego, jest – czy chce tego, czy nie chce, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie zdaje – duchową arystokracją, spadkobiercą etosu arystokratycznego. Kwestionuje dorobkiewiczowską zasadę, zgodnie z którą rynek jest ostateczną wyrocznią w zakresie dystrybucji zasobów. Z tego powodu lud, a zwłaszcza jego najbardziej roszczeniowo nastawionych przedstawicieli, można określić mianem „arystokratycznej podklasy”.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

SZTUKA ZATROSKANA (rzecz o Jurku Starzyńskim i jego żonie, Basi)

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Lech L. Przychodzki | Chwila oddechu

Jak sam podkreśla – nigdy nie próbował nawet pracować jako romanista. Przez dwa sezony (1982-83), nim otrzymał etat szkolnego bibliotekarza, pozował jako „zawodowy” model we wrocławskiej WSSP. Potem dom kultury i Galeria „Entropia”, gdzie mógł wykorzystać nawiązane na plastycznej uczelni kontakty z miejscowym środowiskiem twórczym. Od lat poświęca się kolejnej pracy (a jednocześnie pasji) – terapii zajęciowej z dziećmi niepełnosprawnymi. Terapia sztuką nawet w Polsce nowością nie jest, często jednak zajęcia prowadzą ludzie do nich nieprzygotowani – odlegli tak od pacjentów i ich losu, jak i od wszelkiej twórczości. Tuż przed wybuchem stanu wojennego wymyśliliśmy w Polskim Towarzystwie Higieny Psychicznej „Program »Dirty Dust«”, który zakładał, iż zajęcia z chorymi przeprowadzać będą artyści z danych dziedzin. Nigdy tak się nie stało, może i lepiej, ale w przypadku Starzyńskiego właściwy człowiek trafił tam, gdzie powinien.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Klasztor bez kucharza

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Łukasz Dębski | recenzja filmowa

Tymczasem Bóg, czy jak kto woli, miłość, sens, spełnienie lub cokolwiek innego, nie kryją się ani w klasztornej ucieczce do samotności, ani po drugiej stronie ekranu, ani pod uwodzicielskim pięknem zapachów czy obrazów, ani za efektownym cudem. Jest tuż obok, w codziennej rzeczywistości, w człowieku i jego niewymuszonym działaniu. Nie da się go odszukać na siłę, a najbliżej znajduje się ten, kto pozostaje sobą i nie liczy na cud, magiczne sztuczki, ani podpowiedź „z góry”, lecz zajmuje się, mówiąc najprościej, życiem, takim, jakie jest mu dane. Święty rzeczywiście się odnajduje, ale okazuje się nim dobrotliwy, kochający wszelkie stworzenia Zdrówko, w którym mała Gienia wywołuje naprawdę czyste, szczere uczucie, wyciągając go z klasztornej monotonii i przywracając prawdziwemu życiu. Tej miłości nie wywołało pachnidło. W racjonalnym świecie XXI wieku nie ma miejsca na cud ani na sentymenty. W ramach ogólnoświatowego przyspieszenia człowiek chce coraz szybciej realizować swe potrzeby. Dostarczanie szczęścia stało się usługą. Jesteśmy zewsząd otoczeni propozycjami ulepszenia i upiększenia naszego życia, zakładamy „amwayowskie” zeszyty szczęścia, aby łatwiej było nam zaplanować drogę do Sensu istnienia. Szukamy go z pomocą masowych instytucji. Przyzwyczajeni raczej do brania niż dawania, zewsząd oczekujemy podpowiedzi, a najlepiej gotowej recepty. Pogrążamy się w świecie duchów, baudrillardowskich symulakrów, w których powierzchowności gubi się nasza wrażliwość. Współczesnego człowieka stać jedynie na oczarowanie, efekt działania kolejnej, masowej, magicznej mikstury, oferującej hipnozę i zapomnienie. Poświęcenie jako produkt niezyskowny nie jest w modzie, podobnie jak powolna kontemplacja. Już samo słowo „powolna” brzmi dzisiaj jak wyrok śmierci. Szczęście trzeba dziś osiągnąć szybko albo wcale. W takim kontekście pozornie „trącące myszką” przesłanie filmu Kolskiego okazuje się na tyle trafne, że łatwo godzimy się z jego ukrytym moralizatorstwem, a swoista naiwność staje się cnotą, którą trudno przecenić. Miłość to coś więcej niż pragnienie miłości, więcej niż piękno, modlitwa czy umartwianie się. Droga na skróty jest prosta, podobnie jak ucieczka. Ale to nie wszechobecne, tanie błyskotki świadczą o wartości człowieka.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

W poszukiwaniu samego siebie, przeszłości, świata...

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Krzysztof Kędziora | recenzja muzyczna

Obok inspiracji dokonaniami przedstawicieli awangardy II połowy XX w., Leafcutter John przyznaje się, i słychać to w jego twórczości, do fascynacji muzyką folkową. Trudno się temu dziwić. Jest coś niezwykle ujmującego w prostocie akustycznej gitary i przepełnionego smutkiem śpiewu. Wracając na chwilę do Cortázara, można za nim powiedzieć, że ekscentryczność ma swój, paradoksalnie, ludyczny charakter. „Nie odrywa od tych, z których obłym wszechświatem stykamy się tylko w jednym punkcie”. Nie dzieli, lecz łączy. Istotą folku jest opowiadanie historii. I The Forest and the Sea opowiada historię “dwojga ludzi – czytamy na płycie – którzy zgubili się w lesie. Podczas próby odnalezienia drogi, niebo zaczęło się ściemniać. Przed zmierzchem pobłądzili już tak bardzo, że nie mieli innego wyboru niż spędzić noc w lesie z jego mieszkańcami. Kiedy wreszcie nadszedł poranek, nasza para obudziła na urwisku skalnym pomiędzy lasem a morzem i miast przeprawić się z powrotem przez las postanowiła udać się nad morze”.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Jussi Niilekselä & Mihkel Ulman - w Estonii kobiety są jeszcze kobietami

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Jacek Uglik | Chwila oddechu

Merle nie daje się wziąć, nie można jej wziąć, o­na nie jest na sprzedaż. Chce żyć dla siebie, chce być szczęśliwa. Toomas istnieje dla misji, a Pepe pragnie kobiety, na którą mógłby patrzeć jak robi mu kolację, gdy o­n pije piwo, a dzieci bawią się na podłodze. Każdy z bohaterów tragikomedii fińsko-estońskiej może powiedzieć: „Nie, nie rozumiesz!”. I w tym widzę jej wartość, w pokazaniu, że świat mieni się barwami, jest różny, a przez to piękny. Merle, Toomas i Pepe, każde inaczej, poszukują swego miejsca na ziemi. Tym lepiej, że przy okazji możemy się pośmiać.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Ironezje

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Tadeusz Buraczewski | Chwila oddechu

Racja! A gdzież ubikacja?
Pytanie – banalne – niestety.
Jest tam – gdzie redakcja –
– ogólnie znanej „Gazety”.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Bessa~Lala [wyjątki]

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Piotr Giedrowicz | Chwila oddechu

W takich chwilach jak o­negdaj Berti patrzył w niebo pełne gasnących w międzygwiezdnej przestrzeni błękitów i myślał, że całe życie jest przed nim... A teraz nie było już miejsc sprawujących nad Hubertem czar. Miasto było rachityczne, biedne, całe jego kwartały przypominały prowizoryczną scenografię niskobudżetowego filmu: terraria, rusztowania, pawilony, namioty i sterylne szklane biurowce. Inne budowle kruszały niczym jego własny duch sterany zawodami. Szary miejski krajobraz, wszechobecna brzydota. Ludzie... ludziki, banda pazernych i małodusznych statystów. Czasem Berti wychodził z jakiejś knajpy, żeby przyłożyć do czoła kamień i poczuć coś realnego, autentycznego, twardego i trwałego. Nic mu się prawie nie zgadzało: wstawał i słyszał w radiu z ust meteorologa o dźwięcznym nazwisku Fiut-Spiekota, że na dworze panuje syberyjski mróz, ale wychodził na powietrze i nie czuł chłodu, tylko coś w rodzaju ciepłej bryzy, było wietrznie; przy jakiejś okazji kursująca pomiędzy Stanami a Polską Marlena Jarzębiuk powiedziała mu nawet, że polska zima przypomina jej czas amerykańskiej wichury nazywanej przez Indian “cheenuk”.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Encyklopedia Wyrażeń Makabrycznych

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Paplo Maruda | Chwila oddechu

Dlaczego do tych wszystkich genialnych pomysłów używa się pojęcia „rewolucji”? Otóż dlatego, że w głowach prywatnej ludności nie wiedzieć czemu pokutują jakieś nieskoordynowane i niesprecyzowane pozytywne skojarzenia, związane z dźwiękiem tego słowa, choć wiadomo, że rewolucja oznacza tylko krwawą jatkę i nic więcej. Niestety – człowiek nie jest istotą racjonalną, albo wciąż śni mu się, że ktoś lub coś wyrwie go ze stanu niewolnictwa. Rewolucja wymaga odwagi – to jasne. Czytamy więc wciąż, że makabryczne zamiary sadystów rządowych odznaczają się właśnie wielką odwagą. Piosenkarz Grześkowiak śpiewał kiedyś: „Powiadają w okolicy, mocne chłopy to nie słabe. Taki to bez rękawicy jedną ręką zgniecie żabę”. No comment.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Kronika Kontrasa

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Kontras | Chwila oddechu

Hałas także uważany jest za coś bardzo postępowego. Sąsiad pytany, czy nie przeszkadzają mu puszczone non stop za ścianą monotonnie wykrzykiwane przekleństwa, odpowiedział, że czasem tak, ale wtedy puszcza głośniej własny telewizor. Z kolei mieszkańcy pewnej podtatrzańskiej miejscowości ujawnili głębszy sens tego zjawiska. Otóż, jak stwierdzili, „na turystach, którzy szukają ciszy nie ma zarobku”. W związku z tym w Polsce niedługo nie będzie już miejsc, gdzie można spokojnie pójść na spacer czy wycieczkę, bo wszędzie będą jeździć motory, quady i motolotnie, no bo ludzie są coraz bogatsi, a jak sobie te coraz wspanialsze maszyny kupują, „to przecież muszą gdzieś jeździć lub latać”. Ja jako człowiek ubogi chyba poprzestanę na zakupie stalowej linki i wiedziony niechęcią, by się cokolwiek marnowało, będę rozpinał ją w poprzek tych tras, na wysokości szyi.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Cień osła ikona czytaj wiecej

Marek Has

Spór pomiędzy monetaryzmem i keynesizmem jest odblaskiem odwiecznego sporu pomiędzy duchem i materią. Teorie monetarystyczne reprezentują nurt materialistyczny i harmonizują z ogólnym trendem czasów, w których obserwujemy odejście od duchowych wartości. Postrzegają dobrobyt społeczny jako miarę intensywności krążenia pieniądza i są w dużym stopniu wyalienowane z procesów życia. Ich wizje i wnioski dotyczą głownie wirtualnych relacji pomiędzy abstrakcyjnymi wskaźnikami, ignorują zaś relacje, w których uczestniczą realne podmioty. Są o­ne wyznawane przez środowiska, którym upływ czasu pomnaża pieniądze złożone w bankach. Monetaryści uważają, że zwiększona podaż pieniądza skutkuje zawsze wzrostem inflacji, gdyż opierają się na pesymistycznej ocenie natury ludzkiej. Uważają, że w społeczeństwie przeważają motywacje egoistyczne (co zresztą nie dziwi, gdyż sami takie postawy generują). Stojąc na straży wartości pieniądza, nie wahają się utrwalać społecznego ubóstwa. Muszą to robić, ponieważ wartość pieniądza zależy od jego niskiej podaży w stosunku do popytu. Niska podaż pieniądza stanowi też motywację do zwiększonego wysiłku.


Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Pieniądze i wolność

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Rudolf Bahro

Władza i pieniądze tworzą od momentu powstania ich związku syndrom ekspansjonistyczny. Pieniądze posiadają funkcję, z której nie można ich wyleczyć, chyba że człowiek wyleczyłby się sam w tym zakresie poprzez prawdziwą kurację odwykową, psychoterapię w najlepszym stylu, albo jeszcze lepiej poprzez religijną pokutę, za pomocą której mógłby powściągnąć swoje uzależnienia i chciwość, oczywiście nie tylko w sferze psychiki, ale także na płaszczyźnie instytucjonalnej. Człowiek zawsze tworzył i musiał tworzyć instytucje, by wesprzeć kultywowanie podstawowych zasad. Oczywiste jest też, że pieniądze pozbawione kontroli działałyby bardziej destabilizująco, a dokładniej: wzmacniały szaleństwo i uzależnienia. Jest to abstrakcyjna krew demona, który w sensie psychicznym, realnie opętał nas i pozwala – oraz zmusza – do kierowania instrumentami mordu i samobójstwa. Tak więc teorie reformy pieniądza to kompletne nieporozumienie w obliczu sedna problemu, którego nie można nawet dotknąć reformami o czysto technicznym wymiarze.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Sprzeciw wobec hipernowoczesności

Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela

Marek Węgierski | recenzja książki

ENR proponuje wieloaspektową krytykę współczesnego świata, która z pewnością zawiera kilka konstatacji atrakcyjnych dla różnorakich przeciwników hipernowoczesności. Jednakże książce można zarzucić, że pomniejsza atrakcyjność myśli ENR w oczach osób bardziej wyważonych i zorientowanych nieco „w lewo”, kreśląc wizję porozumienia i współpracy ENR z partyjno-politycznymi emanacjami skrajnej prawicy. Tymczasem dzisiaj ważniejsze niż symboliczna orientacja polityczna, są prawdopodobnie dwie inne kwestie – postawa wobec tożsamości narodowej (jej afirmacja lub odrzucenie) oraz stosunek do kultury konsumpcyjnej i współczesnego modelu kapitalizmu. Bez wątpienia na nominalnej lewicy można znaleźć osoby nastawione bardziej patriotycznie oraz krytycznie wobec konsumeryzmu niż niektórzy utożsamiający się z symboliczną prawicą. Reprezentanci dzisiejszej prawicy są przyjaźniej nastawieni wobec tożsamości narodowej, ale z pogardą traktują wszystko, co związane jest z ekologią czy krytyką kapitalizmu.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Cudowna utopia

Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela

Krzysztof Wojciechowski | recenzja książki

Nie da się ukryć – sam Autor zresztą też to zaznacza – że idea Rzeczypospolitej Czterech Narodów bliska jest koncepcji państw federacyjnych, stanowiących „bufor” oddzielający międzywojenną Rzeczypospolitą od Rosji Sowieckiej. Autorem tej koncepcji był Józef Piłsudski. Jednak należy zauważyć, że w zupełnie innych warunkach geopolitycznych, społecznych i ekonomicznych rodziła się ówczesna koncepcja, a inaczej jest dziś. Od czasów i pomysłów Piłsudskiego dzieli nas wiele bratniej krwi oraz kilkadziesiąt lat „prania umysłów” przez „bratni” sowiecki naród. Dziś mamy dyktaturę na Białorusi, która jak widać, całkiem dzielnie się trzyma, przecież nie sama z siebie. Na Ukrainie zaś również sytuacja jest niepewna i bardzo zróżnicowana (mówi się nawet o sojuszu niedawnych wrogów – Juszczenki i Janukowycza). Poza tym, na wschodniej Ukrainie wciąż żywy jest sentyment do Rosji i słaba wydaje się tam pamięć historycznych krzywd, np. wielkiego głodu, który jak się szacuje pochłonął nawet 3,5 mln ludzi. Litwini z „problemem polskim” zaczynają zdaje się powoli sobie radzić, ale nie wiadomo, czy to zasługa ich narodowego rozsądku i dojrzałości, czy tego, że jesteśmy razem w UE, zatem nie wypada się na siebie boczyć. Poza tym powstaje pytanie, komu z „wielkich tego świata” mogłoby zależeć na Rzeczypospolitej Czterech Narodów, czyli bardzo silnym „państwie” w centrum Europy. Chyba jedynie USA, bo inne potęgi, np. Rosja i Niemcy, doskonale radzą sobie bez nas (vide rurociąg po dnie Bałtyku). I naiwnością byłoby sądzić, że będą stać z założonymi rękami.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Ogniwo pośrednie ikona czytaj wiecej

Joanna Duda-Gwiazda | felieton

Paweł próbował zintegrować środowisko jakąś wspólną akcją. Dla córeczki chciał zbudować ogródek jordanowski, ale sąsiedzi odmówili mu pomocy. Na hałdach przemysłowych odpadów chciałby posadzić drzewa, których bardzo brakuje w okolicy, ale nie wie, jakie. Ochrona środowiska w Polsce zintegrowanej z Unią Europejską jest sprawą priorytetową, lecz nie wiadomo, kogo zapytać o rekultywację hałd. Należałoby powołać organizację pozarządową, zainteresować sponsorów i zgromadzić fundusze na naukowe zbadanie problemu. Aktywiści z górnej półki działalności społecznej rozwiązują ważkie problemy, a amatorzy nie wiedzą, jakie drzewka posadzić.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Niedługo pojutrze!

Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela

Anna Mieszczanek | felieton

Za nasze poglądy nie dają nagród – przeczytałam nagle na okładce „Obywatela”, chociaż zawsze było napisane właśnie to, nic innego. Ale właściwie dlaczego mają nie dawać? Że na razie te obywatelowe poglądy niekoniecznie pasują do głównonurtowego obrazka? Przecież właśnie przepływ miedzy alternatywnym i głównym nurtem pozwala na rozwój. To, co się wydaje nie do zmiany, zmienia się w końcu właśnie dlatego, że jacyś dziwni ludzie mieli inne poglądy. Za które na razie może i nie dają nagród – ale w końcu dadzą. Na okładkę poproszę więc zdanie: Za nasze poglądy nagrody najpóźniej pojutrze!

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Nekrolog dla „partii protestu”

Artykuł dostępny w całości dla prenumeratorów i współpracowników Obywatela

Jacek Zychowicz | felieton

Obecną koalicję rządzącą można określić jako interesowne małżeństwo drugiego rzutu dotychczasowego establishmentu z grupą walczącą forsownie, żeby do niego awansować. W tym kontrakcie każda strona otrzymała walory, na których jej najbardziej zależało. Wczorajsi pariasi życia politycznego są mile widziani w urzędach, gabinetach, departamentach i radach nadzorczych. Natomiast wieczni rezerwowi elity władzy Rzeczypospolitej, odpychając renomowanych rywali, zamienili się w jej drużynę reprezentacyjną. Gdy jedni tak wiele zyskali, ktoś inny musiał stracić. Wyblakły nadzieje na przewietrzenie Warszawy, nie mówiąc już o zasadniczym przesunięciu kursu nawy państwowej, którego miałaby dokonać nowa, wstępująca siła. Zawód ten nie oznacza zaskoczenia. Uprawianie polityki jest w Polsce stosunkowo najdogodniejszym narzędziem awansu na oligarchiczne szczyty społeczne. Aby jednak do niego się zabrać, trzeba już mieć pewne zakorzenienie w finansowej i medialnej oligarchii. O ile bowiem na polityce zarabia się pieniądze, to bez nich do niej ani przystąp. Z winy tego błędnego koła, protest wygasa, zanim na serio się zaczął.

Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

Czytaj, myśl, działaj!

Artykuł dostępny tylko w drukowanym wydaniu „Obywatela”. Zamów prenumeratę!

Rafał Górski


Obywatel nr 4/2006

Obywatel nr 4/2006 (30)

IV Festiwal Obywatela ikona czytaj wiecej

Remigiusz Okraska


 

Inicjatywy „Obywatela”

http://iso.edu.pl/
http://lewicowo.pl/
http://www.obywatel.org.pl/solidarnosc
http://www.czymaszswiadomosc.pl/
http://radypracownikow.info/
http://naturalnegeny.pl
http://tirynatory.pl
http://koniczynka.org
http://miastowruchu.pl