Lider, praca Grzegorza Klamana

Zapraszamy do naszego Hyde Parku.

Znajdują się tu artykuły, prezentujące opinie ludzi którzy tworzyli pierwszą Solidarność.

Spis treści:


Zapis wywiadu z Andrzejem Gwiazdą
21. 08. 2005r.

Rozmawiam z Andrzejem Gwiazdą.
W jego CV opozycjonisty wpisane są takie pozycje jak:
Wolne Związki Zawodowe, to jeszcze w czasach mającej się dobrze komuny.
Potem już "Solidarność":

  • - Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego,
  • - Wice-przewodniczący Krajowej Komisji Porozumiewawczej,
  • - Zarząd Regionu Gdańsk,
  • - Komisja Krajowa Solidarności.
Rozmawiam zatem z jednym z twórców nie tylko "Solidarności", ale i opozycji antykomunistycznej w Polsce.

Dzień dobry, witam Pana w imieniu słuchaczy radia 4EB w Brisbane.

Mirosław Rymar: Wszystko to zaczęło się już w latach 70-tych. Po Ursusie i Radomiu uaktywnił się KOR. Działał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Konfederacja Polski Niepodległej i inne grupy mniej lub bardziej aktywnie dające odpór namiestnikom Kremla. Zostawmy na chwilę z boku naszą obecną wiedzę i proszę powiedzieć jaki był Wasz stosunek do KOR wówczas, kiedy występował on w obronie robotników, czyli był waszym sojusznikiem? To ważne ze względu na rolę jaką to środowisko później odegrało.

Andrzej Gwiazda: Wtedy na Śląsku Świtoń powołał Wolne Związki Zawodowe i to chyba przekonało KOR, że już dłużej nie potrafią się opierać temu pomysłowi, tej koncepcji. To spowodowało, żę KOR w końcu zgodził się objąć WZZ ochronnym parasolem informacyjnym, a to miało dla nas ogromne znaczenie ze względu na ich kontakty z radiem Wolna Europa i z Zachodem. Oni dawali szanse na mówienie swoim głosem.

Latem 1980 roku coś zaczęło się dziać. Jakieś wagony idące z kontrybucją na wschód przyspawano do szyn. Na kadłubowej olimpiadzie gest polskiego zawodnika, który wszedł do potocznego słownictwa. Ale to stoczniowcy z Gdańska uruchomili te siły, które pokazały "gest Kozakiewicza" radzieckim marionetkom i ich mocodawcom ze skutkiem porażającym. W Rucianem Nida usłyszałem rzecz nieprawdopodobną wówczas. Gierek, w telwizji powiedział, że na wybrzeżu są strajki. Nie przerwy w pracy, nie huligańskie wybryki, tylko strajki. Iskrą zapalną było zwolnienie Anny Walentynowicz. Stocznia stanęła. Na czyje hasło? Kto wezwał do strajku?

Kto wezwał? Tutaj w Gdańsku działały WZZ i było oczywiste, że zwolnienie Anny Walentynowicz było - można powiedzieć - prowokacją. To było wiadomo. Anna Walentynowicz była już popularna: pisywała w "Robotniku Wybrzeża", wchodziła w skład redakcji "Robotnika Wybrzeża", była działaczem Wolnych Związków Zawodowych. Okazało się, że byliśmy bardziej znani, niż przypuszczaliśmy, że te nasze pisma i idee rozchodziły się szerzej niż wskazywałyby na to materialne możliwości. Każdą gazetkę czytało - myśmy liczyli - dziesięciu ludzi, a faktycznie czytało ją znacznie więcej osób. Kierownictwo WZZ zareagowało wydaniem ulotki o obronę Anny Walentynowicz do której była podpięta druga kartka, instrukcja "jak strajkować":

  • - trzeba wyłonić komitet strajkowy,
  • - strajkujący przejmują odpowiedzialność za zakład,
  • - trzeba pilnować żeby nie było prowokacji,
  • - należy zorganizować straże strajkowe, które przejmą odpowiedzialność za majątek fabryczny.
Ulotka ta została o 6 rano rozdana przez kolegów na przystankach kolejki i przed bramami pracownikom idącym do pracy w stoczni. Dokładnie godziny nie pamiętam, ale po paru godzinach stoczniowcy zebrali się przed dyrekcją i proklamowali strajk.

I kto stanął wówczas na jego czele?

No, więc tam była taka komplikacja, bo miał być Wałęsa, który się spóźnił 5 godzin, ale w końcu przybył. Wszedł na jakiś wózek i stamtąd powiedział, że był w komitecie w 70-tym roku. Wtedy wiele błędów popełniliśmy, ale ja przez te lata wszystko przemyślałem i teraz wiem jak ten strajk wygrać i ja ten strajk wygram.

Czy Lech Wałęsa był już wówczas uznanym działaczem opozycji i miał tak niekwestionowaną pozycję? Czy też była to kalkulacja, że "robotnicza władza" łatwiej przełknie robotniczego przywódcę? Jak to było?

W tej chwili to już trudno powiedzieć. Propaganda mówi jedno, a rzeczywistość i fakty zdają się nie być tak jednoznaczne. Niewątpliwie bezpieka odkryła, że Wałęsa jest w stanie wywierać wpływ na otocznie. I to można powiedzieć jest najbardziej przerażające, że socjotechnika i analiza psychologiczna jest tak niebezpieczną bronią. Że potrafi wykreować człowieka o parametrach moralnych Wałęsy na przywódcę którego wszyscy podziwiają.

Wiele osób nie ma pojęcia komu zawdzięcza te kilkanaście miesięcy wolności. Mówię o kilkunastu miesiącach, bo to były te miesiące rzeczywistej wolności, którą wszyscy się zachłystywali. W jakim momencie Wałęsa chciał zakończyć strajk i kto mu w tym przeszkodził?

Już trzeciego dnia, w sobotę, Wałęsa zerwał strajk kiedy stoczniowcy dostali obiecane podwyżki, on sam otrzymał od dyrektora obietnicę zatrudnienia w stoczni, a Walentynowicz została przywrócona do pracy. Byliśmy tego świadkami, bo oczywiście mój zakład i żony strajkowały, więc jako przedstawiciele komitetu strajkowego byliśmy na stoczni, żeby tworzyć wspólny front, uzgodnić wspólną walkę. Ale Wałęsa nas na salę obrad komitetu strajkowego nie wpuścił. Wpuścił tylko Borusewicza. My z przerażeniem słuchamy jak Wałęsa ogłasza zakończenie strajku, wzywa pracowników stoczni, aby wytężoną pracą nadrobili straty, które spowodowali strajkiem. Zapowiada, że kto po godzinie 18.00 zostanie w stoczni, to będzie traktowany jako przestępca.

Tak więc my, po zakończeniu strajku w stoczni byliśmy nielegalnie, więc przestraszyliśmy się, że możemy zostać zamknięci. Nie mając już na sprawy stoczniowe wpływu uciekliśmy najbliższą bramą, żeby wrócić do swoich zakładów z oczywistym wnioskiem, że w takim układzie stocznia - można powiedzieć - zdradziła, bo wszystkie inne fabryki podjęły strajk solidarnościowy nie wysuwajac swoich żądań. Na stoczni stały milczące grupy robotników ze spuszczonymi głowami, a Wałęsa solo śpiewał przez radiowęzeł hymn.

Poszliśmy do najbliższego zakładu, Elmor-u, do mojego zakładu i tam zwołaliśmy zebranie załogi. Na którym przedstawiłem jak się sprawy mają. Ponieważ mieliśmy połączenie z radiowęzłem w stoczni, to Elmor dokładnie wiedział o zerwaniu strajku przez stocznię i że w tej chwili zakłady zostały samotne bez lokomotywy, przywódctwa jakie stanowiła stocznia gdańska. Jedynym sposobem kontynuowania strajku, czy podtrzymania strajku i ewentualnego zwycięstwa w przyszłości jest powołanie międzyzakładowego komitetu. Czyli żeby wszystkie strajkujące zakłady powołały jeden komitet strajkowy, który będzie mówił w imieniu tych wszystkich zakładów, co dałoby odpowiednią siłę i wagę do rozmów z rządem.

I tu powiedziałem - ponieważ stocznia zdradziła, to nie podejmuję się iść do innej załogi i powiedzieć: przyłączcie się do nas i utwórzcie z nami komitet, bo nie mam odpowiedzi na pytanie - co będzie jak wy nas potem też zdradzicie? A więc warunkiem żebyśmy utworzyli komitet jest to, że musi się znaleźć jedna fabryka, jedna załoga, która podejmie zobowiązanie, że niezależnie od warunków nie odstąpi od wspólnego komitetu i nie podpisze indywidualnego porozumienia. Padło na Elmor. Powiedziałem, że trzeba się liczyć, iż w razie przegranej całe represje, cała nienawiść skupi się na naszej załodze. To grozi zamknięciem zakładu, zwolnieniem wszystkich z wilczym biletem i może grozić długim bezrobociem, być może w więzieniach, ale to jest jedyna droga. Spytałem kto jest za?

Powoli zaczęły się podnosić ręce, las rąk. Okazało się, że na 2400 osób tylko dwie się wstrzymały. Nikt nie był przeciw. Wtedy już bez pytania dyrektora zakładu wzięliśmy samochód i pojechaliśmy - na tyle ile było benzyny w baku, bo stacje benzynowe już nie sprzedawały paliwa. Objechaliśmy porty, zajezdnie komunikacyjne autobusów, tramwajów, wszystkie firmy po drodze z propozycją utworzenia międzyzakładowego komitetu strajkowego. Zwołaliśmy zebranie do Elmor-u, a kiedy wracaliśmy okazało się, że na stoczni, na płocie siedzą młodzi chłopcyw kombinezonach z flagami. Podjechaliśmy i okazało się, że strajk się utrzymał, że zostało ich w stoczni bardzo niewielu i wszyscy siedzą na płocie, żeby ludność widziała, że stocznia jednak strajkuje. O tym się nie mówiło, bo wtedy zmieniliśmy zdanie i przenieśliśmy spotkanie MKS do stoczni. Do stoczni przybyło 28 delegatów z różnych zakładów i koło godziny 22 zaczęły się obrady Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Rano mieliśmy już listę 21 żądań strajkowych. Mieliśmy pierwsze dokumenty. O 6 rano zakończyliśmy prace nad kompletem dokumetów: żądania strajkowe, deklaracje itd. Było też już wybrane prezydium MKS-u.

W świetle takiego oświadczenia blednie troszkę rozpowszechniona legenda, ale może teraz krótko - nazwiska. Kto spowodował to, że strajk trwał? Wiemy już że Pan. Czy ktoś jeszcze bezpośrednio przy Panu był w tym momencie?

Jeżeli chodzi o przetrwanie strajku w stoczni, to Anna Walentynowicz i Alina Pieńkowska . Kobiety stanęły przy bramie obok strumieni wychodzących ludzi i przemówiły im do serca, że opuszczają innych. Młodzi robotnicy zamknęli bramę i ta niewielka ilość pozostała w stoczni. Natomiast pozostali wrócili w poniedziałek. W poniedziałek, już świadomie cała załoga stawiła się na strajk.

W stoczni pojawili się "doradcy", "eksperci". Wówczas odbieraliśmy ten fakt pozytywnie. Nareszcie władzy nie udało się poróżnić robotników z inteligencją. Było to myślenie naiwne, życzeniowe jak czas pokazał.

Od pierwszych dni strajku i Solidarnośći była bardzo silna świadmość - tu nie trzeba było niczego tłumaczyć - i inteligencja i robotnicy doskonale już rozumieli, po tych wielu historycznych zawirowaniach w Polsce, że nie da się pójść osobno. Że jeżeli się pójdzie osobno, to i jedni i drudzy przegrają. Od początku strajku było wiadomo, że musimy iść razem i był tylko problem jak unikać ewentualnych nieporozumień. Natomiast dobra wola była z obu stron. Z ekspertami - od strony strajkujących to wyglądało tak, że akurat odbywało się posiedzienie prezydium w jakiejś małej salce, przy tej (historycznej) sali BHP do której wszedł jeden z kolegów ze straży strajkowej i powiedział: "słuchajcie tutaj przyjechali jacyś z Warszawy, jacyś doradcy. Jeden nazywa się Mazowiecki". Wyszedłem do nich. Mazowiecki poinformował mnie, że oni oferują doradctwo. Na co ja mówię: " wie pan, w tej chwili prezydium obraduje. Musicie poczekać, ale ja zaraz pójdę i przedstawię kolegom panów propozycję" . Przedstawiłem sprawę prezydium, a oni mówią tak:"a Mazowiecki to kto?" - No to im powiedzałem. "A Geremek to kto?" - no to im powiedziałem. "A ten.... to kto?" - no to im powiedziałem. Teraz - mówię - zadecydujcie czy ich przyjmujemy . Oni na to mówią: "co ty pieprzysz. My o nich nic nie wiemy, to i tak musimy głosować tak jak ty nam powiesz. To po co? Ty zadecyduj". Na co zaproponowałem: "mianujcie mnie pełnomocnikiem d/s ekspertów" - oni na to "Jesteś" . Wyszedłem i przyjąłem Mazowieckiego jako szefa zespołu ekspertów.

Pamiętam doskonale, że wtedy barykada była jedna - po społecznej stronie działała opozycja bez podziałów ideowych, a po drugiej partia. Tak to wówczas odbieraliśmy. Takie było powszechne przekonanie.

Tak. Po jednej stronie była partia i bezpieka, a z tej strony była opozycja, która jakby tonowała różnice, bo mieliśmy wspólne zadania. Więcej nas łączyło niż dzieliło.

Tak było, ale niemniej już z dzisiejszą wiedzą proszę powiedzieć. Jak wmontowali się w strajk ludzie określani dzisiaj "lewicą laicką"? - w coś czemu szefował gość z Matką Boską w klapie? Czy już wtedy byliście wobec nich nieufni? Jeżeli tak, to jak was wymanewrowano?

Nie wymanewrowano nas! Trudno mówić o wymanewrowaniu, jeżeli Jaruzelski wyjechał czołgami. To nie było tak, że w Solidarności byli sami naiwniacy, np. współpraca z grupą ekspertów zaczęła się od tego, że przynieśli nam ekspertyzę uzasadniającą potrzebę rejestracji w komunistycznej Centralnej Radzie Związków Zawodowych. Bardzo nas do tego pomysłu przekonywali. Spytałem ich czy jest to ich rzeczywiste zdanie. Oni powiedzieli, że tak. Na co powiedziałem im: "proszę panów - dziękuję za dobre chęci, dziękuję za podjęty trud, żeście przyjechali, ale ponieważ propozycja jest nie do przyjęcia, a wy rzeczywiście tak uważacie, to na tym nasza współpraca się kończy. Jak to? Dlaczego? - spytali. Dziękuję panom, a do chłopaka ze straży powiedziałem: "proszę odprowadzić tych panów na bramę". Następnego dnia przyszli i stwierdzili, że mamy się jednak rejestrować jako niezależny związek. No i zostali.

Trudno powiedzieć co by było, gdyby ich nie było. Być może byłoby lepiej. Wiedziałem jedno. Czytałem "Więź" Mazowieckiego i wiedziałem, że posiada ogromną elastyczność, umiejętność ślizgania się po krawędzi nieprzekraczalnej. Myśmy się bali, że się zagalopujemy. Nieraz można się zagalopować głupio, bo nie merytorycznie, a słownie i przekroczyć granicę poza którą i jedni i drudzy przestaną się cofać. Widziałem w Mazowieckim i Geremku ludzi którzy z takich językowych zapętleń potrafią nam pomóc się wyplątać. W tej chwili wiemy, że eksperci byli od początku strajku, że nocowali u redemptorystów, którzy udzielili im noclegu. Nie udzielili Modzelewskiemu, który też był, ale potem jakoś nie włączył się w ten zespół ekspertów. To, że wszystko było uzgodnione i planowane, to wtedy nie wiedzieliśmy, naprawdę.

Potem nastały lata tłumienia solidarności narodu - ja to podkreślam, bo tu nie chodziło tylko o związek. To był niezwykły, solidarny zryw narodu. Lata pozbywania się z kraju ludzi niepokornych, odsuwania na margines tych co pozostali i windowania - jak ja to nazywam - "towarzystwa współpracującego dla dobra..." (TW). Ostatnio Bogdan Lis powiedział, że organizowanie alternatywnych obchodów 25-lecia "Solidarności" przez ludzi takich jak Anna Walentynowicz, czy Andrzej Gwiazda, którzy przez tyle lat nie uczestniczyli w życiu publicznym to... itd. Czy nie uczestniczyliście? Czy byliście wyciszani? Czy rzeczywiście była to emigracja wewnętrzna?

Działaliśmy cały czas na takim polu, jakie było dostępne. Oczywiście wszystkie środki masowego przekazu były dla nas zamknięte i to szczelnie. To było zabawne, bo jak przy jakiejś demonstracji już pojawiła się telewizja, to kamera jechała po twarzach, a gdy dojeżdżała do nas to robiła dachy, dachy i znowu ludzie. Takie ominięcia można by nazwać humorystycznymi, gdyby nie dotyczyły po prostu cenzuralnego zapisu na nas. Oczywiście nie mieliśmy dostępu do żadnej prasy, bo prasa została podzielona przez uczestników okrągłego stołu.

Kornel Morawiecki przyjął Wasze zaproszenie na obchody 25-tej rocznicy Pierwszej Solidarności, ale uważa równocześnie, że powinniście wszyscy obchodzić wspólną rocznicę. Mirosław Krupiński, mieszkający w Australii nie przyjął zaproszenia na oficjalne obchody i konkretnie swoją decyzję uzasadnił. Jakie Pana zdaniem warunki musiałyby zostać spełnione, aby wspólne obchody stały się możliwe?

Ten warunek postawiłem już w 1989, czy 1990 roku kiedy mi proponowano, żebym przystał do drugiej Solidarności. Warunek jest jeden tylko - przyznać się do zdrady i wyrazić skruchę.

Czyli warunek jest taki sam jak wobec wszystkich współpracowników bezpieki.

Tak. Przyznać się do zdrady, bo to nie były błędy, to nie była nieudolność, to była po prostu zaplanowana, świadoma zdrada. Jakkolwiek to nie dotyczy szeregowych członków. Zmiany w statucie zostały zatajone. Myśmy zupełnie przypadkowo otrzymali wykaz paragrafów, które zostały zmienione, wykreślone ze statutu.

W Magdalence z Krajowej Komisji uczestniczyły raptem cztery osoby, a jeżeli dobrze pamiętam liczyła ona 100 osób.

Tak. Na sto osób, cztery osoby zasiadły przy okrągłym stole i podjęły decyzje w imieniu Solidarności. Z Magdalenki wiemy tylko to, co Kiszczak ujawnił. Wiemy, że był tam Michnik, Wałęsa, Mazowiecki, Geremek i Bujak. To pamiętam ze zdjęć. A przecież nie całe materiały z Magdalenki są ujawnione. Przy okrągłym stole to już są osoby znane. Wykaz uczestników jest jawny i przy okrągłym stole gdzie uzgodnienia z Magdalenki zostały publicznie ogłoszone i przyjęte Krajową Komisję reprezentowały cztery osoby.

Natomiast w Solidarności o tak ważnej decyzji żadna grupa, ani przewodniczący, ani prezydium nie mieli prawa podpisywania w imieniu związku jakichkolwiek ważnych uchwał. Tak ważna decyzja jak udział w okrągłym stole musiała być podjęta w referendum. Nie przez Komisję Krajową. To było za mało. Komisja Krajowa powinna się zwrócić z pytaniami do załóg, czy w ogóle brać udział w negocjacjach, a jeżeli tak, to z jakim stanowiskiem negocjacyjnym. Oczywiście nie było to zrobione, a nawet nie było zaakceptowane przez Komisję Krajową.

Ta decyzja nie była znana społeczeństwu. Nie była znana nikomu. Była to czysta samowola i cała ta grupa decydująca była samozwańcami. Wałęsa według statutu miał jeden głos tak jak każdy członek Komisji Krajowej. Przy równowadze głosów jego głos przeważał szalę decyzji, ale to wszystko.

Z dzisiejszej perspektywy ci "uczestniczący" niestety po stronie osiągnięć mają ogromny deficyt, a po stronie strat roztrwonienie narodowego poczucia godności, gotowości do wyrzeczeń i... można by wymieniać bardzo dużo. Co Pan by wymienił jako ich największe osiągnięcie i największą porażkę?

Największe osiągnięcie to są niewątpliwie konta bankowe. Natomiast - porażka, to wydaje mi się, że już prawie wszyscy w Polsce w końcu przejrzeli na oczy i dostrzegają komu zaufali i kto ich oszukał.

Rozmawiamy dla radia polonijnego i ten wątek też musi się pojawić w naszej rozmowie. W/g różnych danych poza Polską żyje kilkanaście milionów Polaków. Wielu z nich to ludzie nie tylko ze wspaniałą patriotyczną przeszłościa, ale ciągle wyrażający gotowość pracy dla Polski. Jednak temat aktywności Polonii jest skanalizowany przez polskie władze i placówki dyplomatyczne do kierunków przez nie nakreślonych. Najczęściej folklorystyczno - rozrywkowych. Ruch Rodaków - mieszkańców świata chce uaktywnić politycznie Polonię. Zakłada, że wszyscy Polacy bez względu na miejsce zamieszkania mają prawo wpływać na losy Polski. Aby było to możliwe musimy przeprowadzić dekomunizację i lustrację po to, by uniemożliwić penetrację naszych organizacji przez osoby uległe sternikom z magdalenkowej władzy. W tym kierunku należy zmieniać polskie prawo i nasze statuty. Ruch Rodaków - Polska przekonuje, że taki kierunek działań znajduje w kraju zainteresowanie. Czy zgadza się Pan, że potencjał Polonii może być pożyteczny dla kraju, ale tylkow stosunkach otwartych, obopólnie korzystnych? I że nasi "starsi bracia w wierze" już dawno pokazali jak cenna jest dla ojczyzny diaspora?

Może odpowiem tak. W 1982 roku, w Toronto padło takie pytanie: Co Polonia może zrobić dla Polski? Odpowiedziałem: Nie czuję się kompetentny, żeby na to pytanie odpowiedzieć, dlatego że zbyt słabo znam warunki w jakich działa Polonia, ale skoro pytanie padło to postaram się odpowiedzieć tak, jak potrafię. W Ameryce Północnej żyje 11 milionów ludzi polskiego pochodzenia i sześć milionów obywateli Kanady i Ameryki pochodzenia żydowskiego. Niech te 11 milionów Polaków zrobi dla Polski jedną dziesiątą tego, co Żydzi zrobili dla Izraela. To w zupełności wystarczy. A jak? Zobaczcie jak oni to robią i zróbcie tak samo.

Ruch Rodaków wraz z innymi organizacjami polonijnymi zorganizuje w Brisbane obchody rocznicy nie tylko związku, ale solidarności narodu Polskiego. Pierwszej i jak na razie jedynej. Prześlemy Państwu program do zamieszczenia na waszej stronie. Na koniec proszę o refleksję prywatną. Jak ważny dla Pana jest fakt, że od zawsze ma Pan pełne wsparcie w osobie najbliższej, żonie która sama jest także osobą bardzo aktywną?

Na pewno jest to fakt fundamentalny. Zawsze mam z kim przedyskutować każdy problem. Mam z kim omówić wszystkie ważkie sprawy. Rozumiemy się doskonale, razem przeprowadzamy analizy i dzielimy się koncepcjami. W zasadzie wszystko robimy wspólnie.

No i rzecz niebagatelna, że mamy do siebie zaufanie. Co nie zawsze, nie wszystkim działaczom się zdarza. Działać w grupach, które mają zaufanie. Dla mnie na przykład - można powiedzieć - wielką przykrością było kiedy się dowiadywałem, że ludzie których uważałem za serdecznych przyjaciół, za bliższych niż rodzina okazywali się agentami. To niezwykle przykre, a z drugiej strony była to ogromna ulga, że się wydało, że teraz mam to już z głowy, że się wyjaśniło. Natomiast co jeszcze chciałem powiedzieć ogólnie. Wiemy, że Solidarność i opozycja była od samego początku zinwigilowana w stopniu niesłychanie wysokim. W Solidarności mieliśmy przewodniczącego, mieliśmy kilku lub kilkunastu przewodniczących regionów, którzy byli współpracownikami bezpieki. Cała struktura, od góry do dołu była gęsto przetykana agentami. I ludzie czasami mówią do mnie: "jak to, to nam odbiera autentyczność. To znaczy, że my sami nie potrafimy". I nie zauważają, podstawowego faktu, że myśmy potrafili mimo to przez 16 miesięcy utrzymać poglądy polityczne, kierunek działania i nie daliśmy się z tej drogi, tej całej agenturze zbić. Nie daliśmy się tej agenturze zmanipulować i zeszmacić. Akcja Jaruzelskiego jest przypieczętowaniem klęski agentury.

Przykład Solidarności - wydaje mi się - wszystkim ruchom na świecie daje ogromną nadzieję, że żadne manipulacje wewnętrzne w demokratycznej strukturze - są uciążliwe, ale nie są w stanie tej demokratycznej struktury zniszczyć. Wydaje mi się, że wielkość Solidarności, nie wynika tylko ze spontanicznego zrywu, bo zrywów mieliśmy w historii świata bez liku, ale że ten spontaniczny zryw - z taką ilością agentów powinien zostać obezwładniony - a on nie dał się temu. Oparł się i potrafił tych agentów zmusić żeby popierali nasze tezy, bo nie mieli wyjścia. Chcąc się utrzymać na tych tajnych, swoich posadach, musieli powtarzać za nami to, co sobie lud życzył. I dopiero pod uderzeniem zbrojnym mogli wypłynąć i utworzyć pseudo-organizację i niejako przechwycić zaufanie tamtej Solidarności po to, żeby wykorzystać przeciw społeczeństwu. Mówiąc językiem obecnie stosowanym Solidarność była pierwszym ruchem antyglobalistycznym. Z tego też się bierze porozumienie całego świata przeciwko Solidarności, czyli i komunistów i wielkich koncernów i tych spośród aparatu represyjno-politycznego, którzy chcieli właścicielami tych koncernów, czy mniejszych przedsiębiorstw pozostać.

Z okazji 25-lecia "Solidarności" proszę przyjąć serdeczne życzenia - nie powiem wytrwałości, bo to w Państwa wypadku banał, ale skuteczności we wszystkim co zamierzacie.

Dziękuję i liczymy na waszą pomoc. Polonia ma ogromna rolę do odegrania i niesłuszne było, że Polonia ograniczyła cały swój patriotyzm do wyrażania go posyłaniem Lechowi Wałęsie pieniędzy, pozostawiając mu całkowicie wolne i nie krytykowalne pole działania.

Tu nie tylko o Wałęsę chodzi. Wiele wątpliwych autorytetów było przyjmowanych i fetowanych przez Polonię, co nie przysparza nam chwały. Ale jak wyżej wspomina Pan o agenturze, to ta agentura całkiem nieźle się ma w naszych organizacjach.

Wiem, ja wiem. Polonia musi polegać tylko na słowach, na medialnych przekazach i jeszcze musi umieć rozróżnić żródła tych słów, bo nie styka się bezpośrednio z rzeczywistością polską, z rzeczywistością, która kwestionuje tą propagandę. Ale w Polsce ukazało się już wiele książek pozwalających poznać kulisy tamtych zdarzeń. Chociażby książka Cenckiewicza "Oczami bezpieki". Kosztuje ona kilkanaście dolarów australijskich i jest to kapitalna - niekompletna oczywiście - praca, która zawiera szereg rozdziałów mówiących o emigracji. W jaki sposób emigracja była inwigilowana, bo to było bardzo łatwo. Bezpieka wysyłała swoich agentów w garniturach, w sutannach do ośrodków polonijnych, którzy mieli utrudniać dostrzeganie tego co się działo za komuny i co się działo w okresie tzw. transformacji, czyli rozkradania majątku narodowego. Uważam, że dla Polaka ta pozycja jest jak biblia, która powinna być w każdym domu i do której się zagląda w razie wątpliwości, czy jak się chce coś dowiedzieć. Myślę że duże zainteresowanie Polonii taką literaturą spowoduje, że będzie powstawać więcej takich książek.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję i pozdrawiam.
Mam taką formułkę:
"proszę o pozdrowienie wszystkich którzy na to zasługują".

22.08.2005r.
RODAKpress

powrót do spisu treści

powrót na górę strony

Aktualności Apel Hydepark List do parlamentu UE Program Regiony Wesprzyj nas!